Maj 15

Wings For Life 2016 – dobra lekcja biegania

By Edwin Zasada In Nowe życie

Tym razem postanowiliśmy spakować się rano. Mieliśmy sporo czasu do wyjazdu, nasz pociąg miał odjechać do Poznania kilka minut po trzynastej. Ta perspektywa pozwalała myśleć, że w końcu uda się trochę pospać i nadrobić ostatnie miesiące, bo w tygodniu praca, a w weekendy biegowe podróże po Polsce, od jakiegoś czasu nie miały końca i sen czasem musiał być skrócony.

Tak naprawdę nie zdążyliśmy się jeszcze dobrze rozpakować po majówce w górach, a tu znów ruszaliśmy w trasę. Jak co weekend…

Jednak ta podróż była inna, bardziej emocjonująca. Kilka dni wcześniej dość wysoko zawiesiłem sobie poprzeczkę wyznaczając cel Wingsa na 30 kilometrów. Miałem ten dystans pokonać uciekając przed Małyszem. Z perspektywy płaskiego Mazowsza i mocnych treningów wydawało się to dość proste do zrealizowania. Jednak ta deklaracja wywołała we mnie lekki stres. W końcu jestem typem człowieka, który nie lubi przegrywać. Pojawiły się pytania w głowie pt. „a co jeżeli mi nie pójdzie?”.

Starałem się porzucić te myśli, nawet na chwilę się udało. Moment zwątpienia przyszedł na trasie. Co ciekawe, prawdopodobnie i tym razem wróciłbym z tarczą, ale popełniłem kilka prostych, wydawałoby się podstawowych błędów. Mogłem podejść bardziej zachowawczo do tematu, wykazać się większym doświadczeniem. Ale nie, po co. Nie zrobiłem dobrego rozeznania, nie obdarzyłem przeciwnika odpowiednim szacunkiem. Podszedłem do tematu zbyt luźno i z dużą dozą pewności siebie, co jak finalnie się okazało, było moją zgubą.

@Fot. ProRun

@Fot. ProRun

A to dziwne, bo przecież to nie był mój pierwszy bieg w Poznaniu. Wiedziałem doskonale, że nie jest to płaski teren jak w stolicy, a ilość małych podbiegów jest dość liczna, przez co trasa daje w kość, szczególnie w okresie wzmożonych startów i większego zmęczenia. Jakby tego było mało, zapomniałem sprawdzić pogodę, no bo przecież nie ma takowej, która byłaby zła do biegania. Racja, ale czasem pogoda nie sprzyja osiąganiu satysfakcjonującego wyniku. Szczególnie gdy z nieba leje się żar.

To były fundamenty mojej przegranej, jednak nie czuję smaku porażki, a traktuję ten start jako dobrą lekcję na przyszłość. Nie szukam wymówek, a jedynie przyczyn. Bo tylko to pozwoli mi rozwinąć skrzydła w przyszłości. W końcu nieważne, ile startów masz w nogach, każdą trasę traktuj z należytym szacunkiem i powagą jeżeli myślisz o pokonywaniu swoich barier.

Wings finalnie uważam nawet za całkiem udany start. Szczególnie, że wszyscy biegacze byli tego dnia zwycięzcami, bo pomogli innym robiąc to, co umieją i kochają w życiu.

Do wyznaczonych 30 kilometrów zabrakło mi 4,2 km (309 miejsce w Poznaniu, 5890 na świecie). Jednak lampa, jaka wisiała na niebie, podcinała mi wiarę w dobry wynik kilkukrotnie. Drugi raz w życiu podczas biegu zastanawiałem się czy nie zejść z trasy, czy nie odpuścić. Poprzednio miało to miejsce na Półmaratonie Praskim, gdzie panowały równie piekielne warunki pogodowe. I tak naprawdę od 5 kilometra, aż do 20 to była walka o przetrwanie. Mówiłem sobie „oby tylko do punktu z wodą”. Ale to nie było takie proste. Szczególnie gdy po drodze rozstawione są schronienia, w tym przypadku autobusy odwożące zawodników na metę, gdzie czeka woda, cień, prysznic… Ja chyba przez swój instynkt łowcy wolę gonić, niż być gonionym. Rola zwierzyny pościgowej nie jest moją najlepszą, jednak zawsze chcę dać z siebie 100%. Tak, każde pięć kilometrów podczas tego biegu było dla mnie (i sądze, że nie byłem jedyny) wyjściem z cholernej strefy komfortu. To było kształtowanie psychiki, która krzyczała, wręcz darła ryja „daj sobie spokój, już swoje wybiegałeś”. I tylko moje chore ambicje nie pozwoliły mi zejść.

Jednak w końcu Adam Małysz z ekipą mnie dogonił. Po tym morderczym dla mnie wysiłku pamiętam tylko tyle, że cieszyłem się z tego jak dziecko. Chociaż plan nie został zrealizowany, wiedziałem, że dałem z siebie wszystko. Zresztą jak i pozostali biegacze, z którymi miałem przyjemność pogadać w drodze do punktu powrotnego na Maltę oraz w samym autobusie. I jak się okazało, nie jeden lepszy dzik ode mnie wysiadł i nie zrealizował swojego celu.

@Fot. FotoSzpak

@Fot. FotoSzpak

Co do samej organizacji biegu muszę przyznać, że organizatorzy dali mocno radę. W sobotnie popołudnie z odebraniem pakietu nie było żadnych problemów. Dosłownie pięć minut i po sprawie. Chyba dłużej spędziłem na oczekiwaniu do przymierzalni na stoisku Pumy, które cieszyło się sporym zainteresowaniem, niż załatwiałem formalności w biurze zawodów. Ale tak to jest, gdy człowiek weźmie sobie pachnące koszulki z domu, a nie wrzuci żadnego bezrękawnika. No bo po co. 🙂

WFL_0011

@Fot. T-Run.pl

Co zabawne ekipa Pumy rozebrała dla mnie nawet publicznie manekina, abym dostał rozmiar „M”. Dzięki Wam za to oraz za zaproszenie do udziału w tej imprezie. Było niesamowicie. Meksykańska fala przed startem, bieg obok Joanny Jóźwik, która będzie reprezentować nasz kraj podczas IO w Rio i możliwość pomocy tym, którzy nie mogą biegać. No coś kurde wspaniałego.

Obsługa na trasie turbo, dzięki ludzie, że Wam się chciało. Kibice też dopisali, zarówno w Poznaniu jak i poza nim, gdzie wychodzili przed domy dopingować biegaczy – szacunek! Naprawdę impreza na medal jak dla mnie.

A ta wspomniana koszulka uratowała mi w dniu startu życie. Tylko za rok sugeruję, aby do zakupionych koszulek lub pakietów startowych dołączać krem ochronny do opalania – taki trop w temacie nowych sponsorów.  Bo to już kolejna edycja Wingsa, gdzie była totalna patelnia.

Jednak, żeby nie było za słodko z tym chwaleniem, dostrzegam jeden minus tej imprezy. Miejsce startu. Malta jest pięknym obiektem, to mekka biegaczy w Poznaniu, co widać. Jednak nie jest to idealne miejsce. Już rok temu wspominałem, że ten obiekt nie dźwiga takiej ilości ludzi naraz. Przez wąskie gardło na początku zawodnicy stracili cenne sekundy. I częściowo oczywiście może być to podyktowane faktem, że sami źle się poustawiali w strefach, ale ciasnoty na pierwszych dwóch kilometrach trasy nie można pominąć.

Reasumując, super bieg, a Poznań coraz mocniej depcze Warszawie pod względem organizacji imprez biegowych. Mam nadzieję, że za rok pojawię się ponownie na lini startu Wings For Life. Do zobaczenia!

PS. Co ciekawe, po powrocie na Maltę i odnalezieniu Pauliny jedną z pierwszych rzeczy o jaką zapytałem było „Jak Olszewski? Jak Stelmach?”. Nie komentowałem swojego wyniku, nie tryskałem radością, ale chciałem wiedzieć jak idzie Polakom w Kanadzie i Australii. Dla mnie Wings był kolejnym biegiem, podczas którego przekonałem się, że Polacy mają szanse pokazać się na arenie między narodowej. Że jesteśmy herosami w tym sporcie. Dominika pokazała to w Australii wygrywając w klasyfikacji kobiet. A Bartek, no Bartek przeszedł chyba najśmielsze oczekiwania kibiców. Śledząc ich w mediach społecznościowych i po rozmowach wiedziałem, że idą po zwycięstwo. W pełni zasłużone – raz jeszcze Wam gratuluję. I co piękniejsze, to nie jedyni Polacy, którzy pokazali klasę. Tomasz Walerowicz i Agnieszka Janasiak w Poznaniu dali z siebie wszystko, plasując się wysoko w globalnym  rankingu. A jakby tego było mało kobiecą rywalizację w Holandii wygrała Diana Golek co tylko upewniło mnie i mam nadzieję, że nie tylko mnie w fakcie, że bieganie staje się naszym sportem narodowym. Czekam na kolejne sukcesy naszych biegaczy. Jest moc!

  • W takim razie warto zwracać uwagę na „niedogodności” w postaci pogody, i zasugerować by przygotowano pakiet pt coś od słońca 🙂

    Pozdrawiam mega pozytywnie

  • Norbert

    hahaha czytam Twojego bloga regularnie, a na trasie nie zdawałem sobie sprawy że biegnę obok Ciebie (niebieska koszulka i białe spodenki). Też liczyłem na złamanie 30km ale pogoda pozwoliła mi na 27km i to zapewne tylko przez mój szaleńczy sprint na ostatnich metrach bo bez niego pewnie Małysz złapałby mnie na podobnym miejscu co Ciebie. Gratuluję wyniku i do zobaczenia za rok!

    • Ha, czasem tak bywa. Skrzętnie ukrywałem się pod czapką. PS. Następnym razem liczę, że uda się zbić piątkę na trasie. 🙂