Lipiec 19

To nie góry, ale dało w kość – relacja z TriCity Trail

By Edwin Zasada In Nowe życie

Ten pierwszy raz podczas zawodów chciałem zatrzymać się i usiąść, aby po prostu delektować się chwilą. Nie, to nie kwestia zmęczenia czy kontuzji, to otaczająca mnie przyroda sprawiła, że poczułem się magicznie. Z każdej strony dochodził do mnie zapach lasu, był cudowny. W połączeniu z szumem wiatru człowiek chciał się na chwilę zatracić, szczególnie, że miałem wrażenie, jakbym był z dala od cywilizacji. Dla takiego mieszczucha jak ja to coś innego, coś, czego człowiek chce więcej i więcej…

Na szczęście urok szybko prysł, zapach otaczającej mnie zieleni wymieszał się z potem biegaczy i spokojnie mogłem kontynuować to, co rozpoczęło się ponad 3 kilometry temu.

Co ja tu robię?

Na TriCity Trail wybrałem się kompletnie przypadkowo. Pewnego dnia zobaczyłem u Artura Kerna na Facebooku informację, że zapisał się na taką imprezę i z okazji swoich urodzin chce pokonać dystans 80 km. Wcześniej w tym szczególnym dla siebie dniu biegał tyle kilometrów, ile akurat kończył lat, ale mu się znudziło i zawiesił poprzeczkę wyżej. 80 to nie tylko dystans jaki chciał pokonać, ale również jego rok urodzenia – pomyślałem wtedy „super sprawa” i też przez chwilkę zapragnąłem w końcu zaliczyć swój debiut w ultra. Jednak rozsądek wziął górę, a organizatorzy zadbali o takich jak ja i zapisałem się na półmaraton. Tak po prostu, całkowity spontan.

Wilk syty i owca cała!

Sic! Kolejna połówka w tym roku. Co mnie podkusiło, szczególnie, że będę biegł treningowo – myślałem po cichu jadąc do Trójmiasta.

Na szczęście ta podróż łączyła w sobie przyjemne z pożytecznym – co jest czym wybierzcie sobie sami. Nie dość, że było biegane i to dość intensywnie, to jeszcze odwiedziliśmy Pauliny rodziców w ten weekend. Fakt, najwięcej czasu spędziliśmy na podróżach w komunikacji miejskiej przemieszczając się z miejsca na miejsce, ale było warto.

W moim ukochanym Gdańsku pojawiliśmy się w sobotę około południa, zatem od razu ruszyliśmy po pakiet startowy do Wejherowa. Tam w szkole samochodowej mieściło się biuro zawodów.

Inna, lepsza jakość!

Małe, skromne biuro różniło się od tych znanych z warszawskich, wrocławskich czy poznańskich imprez biegowych. Ba, skromnie wyglądało nawet w porównaniu z Białymstokiem czy Gliwicami. Nie było expo, nie było hostess z ulotkami, wielkich plakatów reklamujących imprezę czy dobrze znanych kolejek. Mówiąc krótko – bez fajerwerków. I dobrze!

Obsługa sprawnie wydawała pakiety, które również nie były obfite w pierdoły, jakie my biegacze mamy przyjemność otrzymywać podczas różnych imprez. Ja odebrałem swój numer startowy i chustę w kolorach biegu. Minimum, ale zdecydowanie wystarczające jak dla mnie.

Swoją drogą o tym, co sądzę o pakietach startowych, napiszę innym razem.

To nie góry, ale dało w kość - relacja z TriCity Trail

Pierwszy raz – trochę bolało!

O cyklu CityTrail słyszałem już dawno temu, ale nigdy nie udało mi się dotrzeć na żaden bieg. W niedzielny poranek jechałem do Wejherowa kompletnie niewyspany, a co za tym idzie podrażniony. Tu znów w głowie pojawiła się myśl pt. „po co mi to było”, no ale skoro powiedziało się „A”, trzeba powiedzieć „B”. Zacząłem przeliczać, analizować i doszedłem do wniosku, że pobiegnę 3 km na luzie, następnie 15 km będę cisnąć, aby na końcu przez 3 km dać się wyprzedzać bo plan zakładał, że znów zwolnię.

Ponieważ nie znałem dokładnie terenu, profil trasy widziałem zaraz po publikacji i nigdy więcej, powiedziałem swojej lubej, aby spodziewała się mnie na mecie gdzieś pomiędzy 1:45, a 1:50. I zgodnie z założeniem na metę dotarłem.

Mój wynik z tego dnia to 1:47:59, co dało mi 92 pozycję open (na 392 startujących) oraz 21 pozycję w kategorii M1 (na 52 zawodników). Jak na trening można rzec, że całkiem przyzwoicie. Nie spodziewałem się, że załapię się do pierwszej setki.

Jednak poza czasem, na który zazwyczaj wszyscy zwracamy uwagę, aby mieć punkt odniesienia, reszta już nie wyglądała tak jak mój plan pierwotnie zakładał. Urokliwy zapach lasu nie był jedną rzeczą, która tego dnia mnie trafiła. Do tego zacnego grona dołączył również ból z tyłu lewego uda gdzieś w okolicach 8 kilometra, przez co musiałem dwa razy przejść do marszu. Kiedyś pomyślałbym „co za wstyd”, ale teraz uważam to za dojrzałość. Przy drugim razie nawet pojawił się pomysł zejścia z trasy, aby nie ryzykować kontuzji, szczególnie, że ta okazała się trudniejsza niż przypuszczałem.

Finalnie noga odpuściła i pozwoliła kontynuować rywalizację.

„Bieg górski nad morzem” – tak tę imprezę reklamowali organizatorzy. Nie sądziłem, że w tym haśle jest aż tyle prawdy. Bieganie tego dnia na tym pofałdowanym terenie dało mi nieźle w dupę. Jednak nauczony doświadczeniem innych wiedziałem, że jeżeli podbieg jest dla mnie za ostry lub nie czuję się na siłach, to mam pod niego wejść, a prawdziwy wyścig zaczyna się na drugiej połowie dystansu.

Tak było. Pomimo klasycznie przepalonego startu, który poszedł ciut szybciej niż zakładałem, na końcówce dumnie dawałem ognia do pieca. I zamiast być wyprzedzanym, to ja goniłem, aby jak najszybciej dotrzeć do mety.

Zresztą nie byłem osamotniony. Od 18 km kilometra gnałem w niezłym tempie z dwójką innych biegaczy. Nikt z nas nie chciał odpuścić, może o tym świadczyć m.in. wspólne pokonywanie błota otaczającego kałuże. Szliśmy wtedy łeb w łeb, aż do momentu gdy Panowie ustawili się gęsiego. Wymusiła to na nas ścieżka. Wtedy pomyślałem „teraz albo wcale” i przy pierwszej okazji gdy droga się ciut rozszerzyła, pod stopami przycisnąłem ile fabryka tego dnia dała.

Zabawne, taka mała rywalizacja dała mi mega radochę. Ogólnie ten bieg był pełen emocji i pięknych widoków oraz potu. Organizatorzy naprawdę wysoko zawiesili poprzeczkę. Oznaczenie trasy wzorowe, medal z drewna super, bufet na mecie pierwsza klasa. Drożdżówka smakowała jak nigdy dotąd.

Mam nadzieję, że za rok ponownie będzie okazja potruchtać w Wejherownie. Jeżeli tak, piszę się na 100% i tym razem nie odpuszczę ultra. A jeżeli Wy do tego czasu chcecie się przekonać, jak wyglądają biegi organizowane przez tę ekipę, wbijajcie na CityTrail. Poniżej info o terminach biegów w edycji letniej oraz zimowej.

CityTrail

CityTrail

PS. początek biegu przepaliłem, bo na starcie organizator krzyknął, że na trasie jest Piotr Dymus, który robi foty. Być ustrzelonym przez jego obiektyw to prawie jak wygrać te zawody. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę 😉