Luty 21

Serdeczność biegacza – tak niewiele potrzeba

By Edwin Zasada In Nowe życie

Mam nieodparte wrażenie, że Francja to smutny kraj dla biegaczy, pełen mało uśmiechniętych ludzi, gdzie każdy jest skoncentrowany tylko na sobie. Mówię to na podstawie kilkudniowych obserwacji poczynionych podczas ostatniego biegania w Paryżu.

Rano na ulicach tego miasta unosi się pyszny zapach świeżych bagietek, a w kawiarenkach czuć jeszcze ciepłe croissanty oraz dopiero co zaparzoną czarną, mocną kawę. Zabytki rozświetlane są przez pierwsze promienie słońca, a nad Sekwaną pojawiają się dosłownie tłumy biegaczy. Widok wręcz bajkowy, jednak Ci biegacze jacyś smutni, inni niż w Polsce.

W swojej krótkiej, ale dość intensywnej „karierze” biegacza amatora miałem okazję truchtać poza piękną Polską m.in. po ulicach czeskiej Pragi, po bulwarach rozciągających się wzdłuż morza na Malcie oraz po pięknej plaży na Bali. Biegając tak sobie w tych różnych zakątkach świata obserwowałem innych biegaczy i ich zachowania. Lubię obserwować innych, tak już mam.

I wiecie co, nieważne czy akurat przebierałem nogami przez tunel prowadzący na obrzeża czeskiej stolicy chłonąc w między czasie każdy milimetr cienia chroniący mnie od żaru lejącego się z nieba, czy pociłem się jak szczur podczas interwałów późno wieczorową porą na rozgrzanym maltańskim deptaku – wszędzie tam widziałem radość z biegu.

Większość mijanych biegaczy uśmiechała się, a część odpowiadała na mój serdeczny gest uniesieniem swojej dłoni. Pomimo różnych języków, kolorów skóry czy poziomu wytrenowania wiedziałem, że mamy wspólny język i pasję z tymi ludźmi.

Za to w Paryżu było inaczej, tam na mojej drodze pojawiła się najsmutniejsza ekipa biegowa. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Paryż jest naprawdę zabieganym miastem, gdzie na każdym kroku niezależnie od dzielnicy i pory dnia ktoś truchta. Tylko dlaczego brak temu truchtowi tej małej radości?

Nie wiem czy to kwestia pory, o której chodziłem na trening, czy panującej wtedy deszczowej pogody. Wiem jednak, że nikt prawie nie odwzajemniał tam serwowanego mu uśmiechu, a o podniesieniu dłoni podczas „mijanki” wyglądali jakby nie słyszeli. Czułem się jak dziwak, ale mając zakodowany ten zwyczaj wytrwale próbowałem nim zarazić innych.

Teoretycznie mógłbym obwiniać za ten stan obydwa wcześniej wymienione czynniki, ale jak się temu przyjrzeć bliżej to w podobno smutnym kraju jakim jest Polska takie rzeczy nie mają miejsca. I nie ma znaczenia czy kogoś mijam o 6 rano w słoneczny dzień, czy o 21 w deszczowy wieczór.

Polscy biegacze są serdeczni i uśmiechnięci.

Biegając po Warszawie podnoszę dłoń do góry i uśmiecham się do każdego kogo spotkam na swojej biegowej ścieżce i z drugiej strony dostaję to samo. Niezależnie od tempa, miejsca, pogody…

Ten zwyczaj jest super. To rzecz, którą strasznie cenię w światku biegowym, chociaż przyznam szczerze, z początku nie łapałem, dlaczego obcy ludzie mi machają. Na szczęście instynkt sam podpowiedział, aby również to czynić.

Zatem niezależnie czy biegasz pierwszy raz, czy masz na koncie pięć maratonów lub jesteś mistrzem biegania ultra, podtrzymuj i utrwalaj u innych ten dobry zwyczaj.

Wystarczy tak niewiele, a do treningu wnosi bardzo dużo radości.

  • Aurelia

    Kompletnie tego nie rozumiem – przecież jak do ciebie macha uśmiechnięty biegacz to nie sposób się nie uśmiechnąć, a ręka sama idzie w górę 😉

  • Bardzo fajny tekst. Szkoda, że tak rzadko porywasz się w ostatnim czasie na pisanie. Lubię te Twoje przepisy kulinarne, ale stanowczo za mało serwujesz treści od siebie. Ten tekst jest dowodem, że fajnie Ci to wychodzi.

    Co do treści, to chyba mamy inny pogląd na sprawę. Zacznę od Paryża. To specjalna enklawa. Paryżanin to nie Francuz. Paryżanin to Paryżanin. W generalnej opinii, Paryżan we Francji się nie lubi, Paryżanie nikogo nie lubią. Zatem po co mają się uśmiechać do kogokolwiek? Jakiś czas temu miałem zabawną sytuację. Mój nowy sąsiad pokonując ze mną odległość kilku pięter zapytany, czy pochodzi z Francji, spojrzawszy na mnie jak na kupę odpowiedział – nie, z Paryża. Zastrzelił mnie.

    Zaś gest, o którym piszesz… Biegam już osiem lat, przebiegłem w tym czasie prawie 16 000 kilometrów, ale mam inny pogląd. Dla mnie to przejaw sektowości i fałszywa oznaka życzliwości. Kiedyś już zdaje się na Twoim blogu o tym pisałem.
    Od chwili kiedy rozpocząłem żmudne wypracowywanie swoich kilometrów, zdążyłem już mieszkać w Holandii, Singapurze, Anglii. Ponadto zdarłem podeszwy pokonując setki kilometrów w Malezji, Chinach, na Bali, Australii, Francji (min. w Paryżu). Nigdzie nie spotkałem się z takim zwyczajem, może w sporadycznych przypadkach. W moim rozumowaniu, nie wychodzę biegać by machać rękoma i trwać w gotowości by podnieść na czas rękę nadbiegającej osobie. Zwykle na tyle mocno odlatuje myślami podczas biegu, że nie rejestruje nadbiegających. W moim przekonaniu sztuczny gest. Przyjeżdżając do Polski, trudno mi wydobyć od ludzi zwyczajowe „Dzień Dobry”, zwykły uśmiech na ulicy, natomiast mam wrażenie chętnie podłapuje się tego typu stejtmenty. Nie identyfikuję się z każdym biegającym, ani nie tworzę żadnej biegaczej rodziny. Staram się natomiast okazywać życzliwość każdej napotkanej osobie na ulicy i nie ograniczać się do chwil kiedy mam na sobie strój sportowy. To moja opinia na temat.

    A po Paryżu uwielbiam biegać. Jako, że ostatnimi miesiącami bywam tam często ze względu na charakter pracy, mam w nim ulubiony park, w którym to robię. Jeśli rano, to po drodze mijam dziurkę gdzie przed rozpoczęciem mogę strzelić naparstek szybkiej kawy, a Pani za ladą już na tyle mnie zna, iż czasem kiedy nie mam jak zabrać ze sobą klepaków, daje mi ją na krechę. Taki jeden z niewielu przejawów paryskiej życzliwości.