Październik 4

Pomiędzy startem, a linią mety – relacja z pierwszego maratonu

By Edwin Zasada In Nowe życie

Do wszystkiego podobno należy dorosnąć. Ja do zmiany w życiu dojrzewałem kilka lat. Dorośnięcie do pierwszego półmaratonu zajęło mi rok, do maratonu półtora, a do tej notki cały tydzień. I nadal nie wiem czy potrafię przekazać te wszystkie emocje, które towarzyszyły mi na trasie pierwszego maratonu i tuż przed nim.

Póki co wiem, że ostateczna walka z królewskim dystansem trwa trzy, cztery lub więcej godzin, jednak sam bieg trwa zdecydowanie dłużej. To tygodnie przygotowań, hektolitry potu przelane na treningach, setki wybieganych kilometrów i godzin poświęconych na bieganie. A ten czas, tę energię można przecież spożytkować na tysiąc innych sposobów.

Jednak poczucie dobrze wykonanej pracy będzie mieć tylko ten, kto przekroczy po 42 kilometrach i 195 metrach linię mety.

Przez ponad miesiąc przed maratonem nie byłem do końca pewny tego co robię, a właściwie na co chcę się porwać. Raz się bałem jak małe dziecko, a za chwilę chciałem radośnie pobiec już tu i teraz. Istna sinusoida nastroju, masakra, mówię Wam. Do tego wszystkiego dochodził fakt, że od maja nie widziałem progresu w swoich treningach i startach. Wrocław nieudany, Półmaraton Praski w Warszawie nieudany, próby długich wybiegań też raczej bardziej średnio, aby nie powiedzieć przeciętnie.

Praca, stres, mało czasu na regenerację, a jeszcze trenować było trzeba. Nie ma co ukrywać, końcówka przygotowań była bardzo mizerna. Prawdopodobnie gdyby nie udany bieg w Gdańsku i pobicie rekordu życiowego na dziesięć kilometrów, nie stanąłbym na starcie Maratonu Warszawskiego. Ten mały sukces bardzo mnie podbudował. Pokazał światełko w tunelu.

Pomiędzy startem, a linią mety - relacja z pierwszego maratonu

W końcu nadszedł wielki dzień i to był czas na prawdziwy test. Nawet nie wiecie jak się cieszę z tej perspektywy, że przez tydzień przed maratonem spałem średnio więcej o 2h dziennie niż przez ostatnie 3 miesiące. Dało mi to moc, bo noc z soboty na niedzielę była raczej relaksem na szpilkach, a nie dobrym snem.

Pakiet przygotowany, plan działania na poranek w głowie zapisany. Szybkie śniadanie, kierunek Dworzec Wileński odebrać swoich prywatnych kibiców, drugie lekkie śniadanie, rozgrzewka, rozpisanie na ręku planu na bieg i start. Plan prawie idealny, ale… jak zwykle coś poszło nie tak. Rozgrzewkę strzeliłem na szybko, cudem Paulina zapisała mi międzyczasy na przedramieniu, na szczęście pozostałe rzeczy się nie wykoleiły, bo bym się spóźnił ze startem. Wszystko na ostatnią chwilę – cały ja!

Pomiędzy startem, a linią mety - relacja z pierwszego maratonu

Wbiłem się do strefy startowej (asekuracyjnie na 3:55), a tu nagle z głośnika pierwsze nutki Snu o Warszawie, poznałem po trzech, a chwilę potem ciśnienie sięgnęło zenitu, łzy napłynęły mi do oczu. Zdałem sobie sprawę, że właśnie stoję na starcie po swoje marzenia. Za mniej niż cztery godziny miałem zostać bohaterem narodowego. I ten utwór robi robotę na starcie, mówię Wam, coś niesamowitego.

W końcu ruszyliśmy, pierwsze kroki, linia startu coraz bliżej, a tłum się przemieszcza. I tak przez pierwsze kilometry, aż do mety. Szło różnie. Do 22 kilometra biegłem zgodnie z planem. Zegarek wskazywał, że będzie zacny wynik. Prawdopodobnie dlatego, że spieszyłem się na punkty spotkań z Pauliną, mamą i moim bratem. Czekali na mnie w kilku miejscach na trasie dopingując ile sił, a mogli leżeć na kanapie i pachnieć. To mi mega pomogło i mobilizowało.

Pomiędzy startem, a linią mety - relacja z pierwszego maratonu

Pomiędzy startem, a linią mety - relacja z pierwszego maratonu

Potem jednak zaczęły się schody. Z każdym kilometrem kolana bolały coraz mocniej, zatem postanowiłem odpuścić wyścig, najważniejsze było jedno – nie zejść z trasy, nie poddać się. Udało się, chociaż na 40 kilometrze chciałem przejść na moment do marszu, ale nie dano mi na to szansy – obcy chłop krzyknął „widzę Cię, nie zatrzymuj się, biegnij – już blisko!”. Dzięki Ci człowieku, to mi było wtedy mega potrzebne. Ten tekst dał mi plus dziesięć do siły i plus sto do pewności, że warto walczyć jeszcze kawałek.

Pomiędzy startem, a linią mety - relacja z pierwszego maratonu

Tego się działo ze mną po drodze, prawdopodobnie nigdy nie będę potrafił precyzyjnie opisać. To zwyczajnie trzeba przeżyć. Wyszurać te 42 kilometry, aby doznać czegoś niesamowitego. Wiem jednak, że całą drogę starałem się mieć banana na buzi (chociaż na mecie podobno byłem blady i miałem sine usta) i przeżyć ten bieg na 110%. Czerpać z niego co najlepsze, pomimo zmęczenia mieć radość ze zwycięstwa. Tak, dobrze czytacie – od startu do mety, aż do dziś czuje się zwycięzcą. Te 3:38:50 były koronacją, były jednym wielkim rozpakowywaniem prezentu za półtora roku przygotowań.

Na znak zwycięstwa finiszowałem z rękoma uniesionymi wysoko w górę.

Pomiędzy startem, a linią mety - relacja z pierwszego maratonu Pomiędzy startem, a linią mety - relacja z pierwszego maratonu

W tym miejscu chciałbym podziękować całej masie ludzi. Tą najważniejszą, tą która zasługuje na szczególne wyróżnienie jest oczywiście moja Paulina, mój najwierniejszy kibic. Jeździła ze mną po całej Polsce, była za mną zawsze. Moja mała sabotażystka, która tydzień przed maratonem, abym nie zaraził się od niej i wyspał się porządnie, sama zajęła kanapę w salonie. Była przy mnie od początku tej drogi, kibicowała i wierzyła, gdy ja miałem chwile zwątpienia. Dziękuje Ci Kochanie, ten sukces jest także Twoim sukcesem.

Pomiędzy startem, a linią mety - relacja z pierwszego maratonu

Na drugim miejscu są rodzice i brat. Kibicowali, nie zawsze rozumieli po co taki wysiłek, ale byli ze mną. Mama z Maćkiem pojawili się na dwóch najważniejszych startach, a tata… tata pomimo, że nie jest wylewny (mam to po nim) kiedyś powiedział, że mu tym wszystkim prawdziwie imponuję. To chyba była największa pochwała z jego ust. Ich wsparcie jest dla mnie bezcenne.

Na trzecim jesteście Wy. Wy wszyscy, którzy śledzą moje losy od początku i kibicują. Dziękuje wszystkim tym, którzy na trasie krzyczeli moje imię, przybili piątkę tuż przed startem czy podczas pokonywania kolejnych kilometrów. Dziękuję również tym, którzy dopingowali w internecie. Każde dobre słowo było na wagę złota. Cieszę się, że otacza mnie tylu życzliwych ludzi.

Pomiędzy startem, a linią mety - relacja z pierwszego maratonu

Teraz czas na regenerację. Czas na planowanie i snucie, bo korona maratonów nie zrobi się sama. Tak to plan – plan, na który wpadłem zaraz za metą pierwszego maratonu.

Pomiędzy startem, a linią mety - relacja z pierwszego maratonu

PS. Wielu ludzi pisze/mówi, że podczas maratońskiego biegu myśli źle o tym, co właśnie robią, zadają sobie pytania czy warto. Ja tego nie zrobiłem. BO KURDE BYŁO WARTO. Przeżyłem, czas na kolejny krok.

Spodobał Ci się ten tekst – daj lajka!

 

 

  • my healthy style blog

    Gratuluję z całego serduszka! Może kiedyś i ja spróbuję swych sił na takim dystansie… 🙂

    • Dziękuję bardzo i trzymam kciuki. Warto zainwestować czas w treningi i przygotowania, aby pokonać ten dystans. 🙂

  • Iwona Jagodzińska

    No i się poryczałam.. Rewelacyjny wpis!

  • NaDystansie.pl

    Gratulujemy maratończyku 🙂

    • Dzięki! W końcu mogę tak o sobie mówić. 🙂

  • Fantastycznie czyta się relacje z pierwszego w życiu maratonu. Jest w nich tyle radości, tyle emocji i dumy, że aż serce rośnie. Wzruszyłam się, czytając i patrząc na zdjęcie z Pauliną. Jeszcze raz gratuluję!

    PS Na zdjęciu z finiszu – aaaale łydka! 😉

    • Bo debiut to biegnąca emocja. Tak jest, sprawdzone info. A co do Pauliny, to połowa tego medalu jest zdecydowanie jej. 🙂

  • Katarzyna

    Z każdym kolejnym zdaniem wczuwałam się coraz bardziej, aż w końcu łzy same poleciały.. Bardzo Ci gratuluję, bo domyślam się jak wiele pracy w to włożyłeś. Ten wpis tylko dał mi dodatkowy kopniak do tego żeby zawalczyć o siebie i swoje marzenia:) Życzę powodzenia w realizacji kolejnych planów:)

    Pozdrawiam:)

  • Super opis, gratulacje raz jeszcze, świetny wynik w debiucie 🙂 Po tegorocznym MW miałem same pozytywne wrażenia i całą trasę przebiegłem bez większego problemu, ale pamiętam swój debiut w MW 2013 – wtedy właśnie kwestionowałem sens swojego biegania, inteligencji i życia. Nienawidziłem siebie za decyzję dotyczącą startu w maratonie 😉 Ale byłem słabo przygotowany, dużo grubszy, biegałem wolno (czas z debiutu 4:28:58) oraz padła mi bateria w odtwarzaczu mp3, więc w sumie nie ma się co dziwić, bo im dłużej się biegnie (szczególnie bez muzyki), tym więcej czasu na głupie myśli w głowie 😛
    Zabawne natomiast są analogiczne rozważania co do Korony Maratonów Polskich 🙂 Pamiętam, że w 2013, już po przekroczeniu linii mety stwierdziłem, że też spróbuję 😉 Nic z tego nie wyszło, bo tydzień później pokochałem CrossFit od pierwszego treningu, ale plan był 😉 Niemniej życzę powodzenia w realizacji Twojego planu i jeszcze lepszych czasów w kolejnych maratonach! 🙂

  • weronika

    Popłakałam się 😉 Ja też tak chcę!
    Dzięki za inspirację i motywację 🙂 Dzisiaj będzie dobry trening 🙂

    • I jak poszedł trening? 🙂
      Pamiętaj, chcieć to móc!

  • Brawo!
    Zaczynałeś z 3:55 a skończyłeś 3:38 ? To ja jestem w szoku, a mogę sobie tylko wyobrazić w jakim Ty byłeś. To świetny wynik. Gratulacje i teraz to już z górki:)
    do zobaczenia gdzieś tam

    • Dzięki Paweł i do zobaczenia gdzieś na trasie biegowej, z prawdziwymi podbiegami. 😉

  • Cudownie się czyta. Ja mam to jeszcze przed sobą. Za trochę ponad 200 dni. O Twoim czasie nawet nie myślę, ale chcę dobiec. Taki mam cel. Gratulacje raz jeszcze i korony w takim razie życzę.

  • Patrycja Ludniewska

    piekny wpis! i… tak, mnie też się łezka w oku, w sumie jednym i drugim, zakręciła 😀 jeszcze raz- ogromne gratulacje!!!

  • Od kiedy biegam na zawodach (czyli od pół roku) to w większości przypadków startuje na dystansach od 5 do 8km, ponieważ na nich czuje się najlepiej ale od zawsze miałem z tyłu głowy myśl, aby chociaż raz przebiec maraton czy chociażby półmaraton, tak dla siebie. W jakim miejscu byłeś w momencie, kiedy biegłeś swój pierwszy półmaraton? Chodzi mi m.in. o częstotliwość treningów, czy miałeś już wtedy ustaloną dietę itp.