Marzec 29

Z kanapy na metę półmaratonu – historia mojego zwycięstwa

By Edwin Zasada In Nowe życie

„Edwin, a może pobiegamy?”, rzuciła luźną myśl Paulina. Popatrzyłem na nią i zapytałem czy oszalała. Próbowała jeszcze kilka razy mnie przekonać do wyjścia z domu, ale byłem twardy. Tak było nieco ponad rok temu. Wtedy śmiało mogłem nazwać siebie typem kanapowca. A obecnie? Obecnie ciężko mnie powstrzymać od wyjścia na trening. Ba, pierwszą rzeczą jaką pakuję do walizki na urlop czy weekendowy wyjazd są buty i ubrania do biegania. To zazwyczaj jest również pierwsza rzecz o jakiej myślę po powrocie z pracy.

Co się zmieniło? W sumie całe moje życie, a ja zakochałem się w bieganiu. I sam nie wiem jak do tego doszło.

Zaczęło się od diety i w sumie w pierwotnych założeniach tylko na niej miałem bazować w zrzucaniu swojej wagi. Jednak w pewnym momencie stanąłem, to było za mało, potrzebowałem zewnętrznego bodźca, który pozwoli osiągnąć mi założony cel. Niestety mój ukochany rower nie dawał tego efektu, zatem musiałem szukać skuteczniejszej alternatywy. Czegoś co ruszy dalej ten pociąg do stacji końcowej.

Postanowiłem spróbować z bieganiem, którego szczerze nienawidziłem od czasów liceum. Wszyscy mi powtarzali, że to bardzo efektywne uzupełnienie do diety, jednak jedyne z czym mi się kojarzyła ta dyscyplina to nuda. Miałem zakodowane w głowie, że jest to sport, który nie dostarcza emocji. Bazowałem wtedy na swoich doświadczeniach z młodości (jakbym teraz był stary). W końcu kiedyś biegałem sporo, ale to wszystko w ramach treningów piłkarskich, a nie ma co ukrywać, że było to dawno.

Pomimo negatywnych skojarzeń postanowiłem jednak spróbować. Dać jeszcze jedną szansę. A ponieważ lubię zakładać sobie cele podejmując nowe wyzwania, to wymyśliłem sobie, że po roku treningów pokonam półmaraton, a potem przebiegnę maraton. Ba, nawet wskazałem konkretne imprezy. Ambitnie, prawda?

Teraz z perspektywy czasu powiedziałbym, że to było nawet szalone, ale w tym szaleństwie była metoda.

Na początku myślałem, że to będzie proste, że przyjdzie bez większego trudu. Przecież w bieganiu nie ma nic trudnego, a każdy głupi potrafi pokonać 21 km. Taka myśl pałętała się w mojej głowie do pierwszego treningu. Wyszedłem, i co? No w sumie nic poza tym, że zdechłem po czterech kilometrach. Po prostu wyplułem płuca i grzecznie wróciłem na kanapę.

ZabijGrubasa Blog Bieganie

Na górze macie wynik pierwszego mojego treningu, a na dole wynik z pierwszego półmaratonu.

Nawet nie wiecie jak wielką miałem wtedy ochotę to wszystko jebnąć i wycofać się zanim moje chore plany zatoczą szerokie kręgi odbiorców.

Na szczęście ambicje nie pozwoliły mi porzucić biegania w kąt. Miałem w głowie cel główny, jakim była redukcja wagi, który był, jest i zawsze będzie moim motywatorem. Bo o ile wiem, że teraz ważę tyle ile chciałem i czuje się z tym super, gdzieś z tyłu głowy kołata się myśl, że nie mogę nigdy dopuścić do stanu, w którym byłem jeszcze nie tak dawno.

Zatem trenowałem powoli, ale sukcesywnie. Wiedziałem co i kiedy chcę osiągnąć, co uważam za kluczowy element mojego małego sukcesu. Bo nie widząc gdzie podążamy, po prostu błądzimy i w pewnym monecie nie trudno się pogubić. Oczywiście ta przygoda nie była wcale taka kolorowa. Wymagała ode mnie sporo wyrzeczeń, samodyscypliny i potu na treningach. W sporcie nic łatwo nie przychodzi, szczególnie, gdy ktoś – tak jak ja – przez długi czas jedyną aktywność jaką uprawiał było dźwiganie laptopa do pracy oraz przełączanie kanałów pilotem z wygodnej pozycji na kanapie. Czas mijał, treningi się wydłużały, aż przyszedł taki moment, że potrafiłem pokonać 5 km (31.05) bez zatrzymania, bez przeplatania biegu marszem. Jaki ja wtedy dumny byłem. Niby nic, a cieszyłem się z tego jak dziecko cieszy się z lizaka. To był impuls do dalszej pracy. Wtedy pierwszy raz uwierzyłem, że to co robię, to gdzie zmierzam ma jakiś sens. Nie miałem trenera, nikt mi zbytnio nie podpowiadał jak układać treningi, a ze ściągawek w internecie nie korzystałem. Zatem tym bardziej ten mały sukces napawał mnie energią do dalszego działania. Pomyślałem, że to co robię jest dobre.

Jednak pierwsza piątka była tylko przystankiem, aby naładować odrobinę euforii. Prawdziwa duma, przyszła do mnie w mega ulewę.

29 czerwca, pogoda barowa, a ja zakładam buty i idę biegać. Po dwóch kilometrach zaczyna kropić, a na piątym już porządnie leje. W głowie jedna myśl – to będzie ten dzień.

Wiedziałem, że tego dnia chce pokonać swoje pierwsze 10 kilometrów biegu. Nie, nie ciągiem, nie tempem godnym maratończyka, po prostu chce je pokonać. Z tego biegu pamiętam tylko tyle, że od 9 kilometra nic nie widziałem przez zaparowane okulary i gęsty deszcz. Byłem mokry, ale szczęśliwy. Jedyną rzeczą na jaką wtedy miałem ochotę to śmiech, taniec i krzyk. Endorfiny wzięły górę.

Boże, jak teraz to wspominam to mi się morda cieszy. Te pierwsze małe biegowe sukcesy to było to. Piękna sprawa. Teraz obserwując swoich znajomych, którzy zaczynają biegać i osiągają pierwsze kamienie milowe przypominam sobie tamte dni. Nie było to dawno, ale jestem pewien, że te wspomnienia zostaną ze mną jeszcze na bardzo długi czas.

Po zdobyciu pierwszych dziesięciu kilometrów wpadłem do domu, a Paulina powiedziała kolejny raz, że jest ze mnie dumna. W sumie wiele jej zawdzięczam, bo rozumiała i nadal rozumie to co robię i daje mi akceptację. Jest takim stabilnym filarem mojego sukcesu. W końcu nie każda dziewczyna zrozumie, że jej facet ma romans z bieganiem i znika na dwie godziny pobiegać.

Jednak zanim o dwóch godzinach biegania, to do ogródka małych, wielkich sukcesów muszę dorzucić jeszcze jedną historię. Mam na myśli bieg Powstania Warszawskiego. Mój pierwszy oficjalny start i to na dzień dobry na dystansie 10 kilometrów. Dlaczego się na niego zapisałem? Dlaczego wybrałem 10, a nie 5 kilometrów? To chyba kwestia mojego charakteru i ambicji. Mogłem lecieć spokojnie 5 km, ale nie, rzuciłem się na głęboką wodę. I wiecie co… fartem się opłaciło. To była pierwsza dyszka bez zatrzymania (26.07.2014). Równy bieg, walka z samym sobą i ogromny sukces.

zabijgrubasa bieganie

Potem było jeszcze kilka startów, podczas których czasem poprawiałem poprzednie wyniki. W sumie chyba za każdym razem mi się to udawało. Tak to jest na początku. Mam świadomość, że za jakiś czas ta dobra passa zniknie.

Jednak to co częściej mi towarzyszyło to dziesiątki treningów, podczas których przelałem litry potu. Nawet nie wiecie ile razy nie chciało mi się ruszyć dupy, a jednak się przełamywałem i biegałem. Biegałem, bo miałem cel. Jednak jego osiągnięcie coraz więcej mnie kosztowało.

Treningi trwały coraz dłużej, były coraz bardziej intensywne, a przy okazji bardziej męczące. Skoro postanowiłem pokonać półmaraton, musiałem się do tego dobrze przygotować. Nie mam tu na myśli jednego czy dwóch treningów tygodniowo, bo uważam, że to za mało, tylko czterech lub czasem nawet pięciu. Oczywiście, są tacy co i trenując dwa razy w tygodniu pokonają ten dystans. Ba, nawet bez treningów się da. Tylko pytanie czy to ma sens.

Teoretycznie swój pierwszy półmaraton mogłem pobiec już wcześniej. Jestem pewien, że pod koniec wakacji pokonałbym go. Nie wiem z jakim czasem, ale linię mety przekroczyłbym bez problemu. Mięśnie były na to gotowe, ale głowa potrzebowała jeszcze trochę czasu. Zatem postanowiłem poczekać do marca. Do największego, najbardziej prestiżowego półmaratonu w Polsce. Gdybym wtedy wystartował, nie wiem jak to by się skończyło. Mam wrażenie, że ludzie porywający się na takie biegi bez przygotowania często kończą przygodę z bieganiem lub niestety dostają kontuzji.

Sport jest fajny, ale jak większość rzeczy w życiu wymaga przygotowania i myślenia. 

Może to nieskromnie zabrzmi, ale uważam, że w moim przypadku tego mi nie zabrakło i dzięki determinacji połączonej z ciężką pracą stanąłem dziś na starcie swojego pierwszego półmaratonu.

Nawet nie wiecie ile stresu było w ostatnim tygodniu. Chyba muszę przeprosić wszystkich, którzy to odczuli, bo rozdrażnienie dało się u mnie wyczuć. To wina stresu, czułem się jak szczeniak przed pierwszą randką. Taki egzamin, a ja nie wiedziałem czy dobrze się przygotowałem. Oczywiście, przed startem biegałem już treningowo takie dystanse, jednak nigdy nie udało mi się osiągnąć 1:45:00, które sobie narzuciłem jako dobry wynik. Tu znów poniosła mnie fantazja.

Organizm podczas startów bywa nieprzewidywalny – mały błąd i nie uda się zrealizować planu.

Dziś przyszedł dzień testu. 5:50 zadzwonił budzik, po czym pognałem do kuchni. Cel był prosty, trzeba zatankować energii na bieg. Buła z miodem i bananem jest idealnym rozwiązaniem.

ZabijGrubasa Blog Bieganie

Potem kolejne minuty uciekały mi przez palce, aż do 8:00 rano, kiedy z Pauliną pojechaliśmy się spotkać z moją mamą oraz młodszym bratem i zabrać ich na start półmaratonu. Dla wielu wyda się to śmieszne, ale bardzo zależało mi na tym, aby bliskie osoby towarzyszyły mi w tym ważnym dniu. W dniu kiedy miałem przekroczyć pewną granicę swoich możliwości. To miał być taki motywator. I nie ma co ukrywać, że fajnie jest widzieć, gdy bliscy są z Ciebie dumni, prawda?

ZabijGrubasa Blog Bieganie

Samego biegu opisywać Wam nie będę, ponieważ z trasy pamiętam za dużo szczegółów, a nie chcę Was zanudzać. Jednak nie mogę nie wspomnieć o Kamilu, z którym eskortowaliśmy się wzajemnie, aż do 18,5 km biegu. Potem każdy już odpalił ogień i leciał na swój czas. Dzięki stary, to było mega pomocne w osiągnięciu dobrego wyniku.

No dobra, skoro już trochę powiedziałem o biegu to napomknę jeszcze o finiszu – to było cudowne. 19 km i po obydwu stronach kibice. Nie wiem jak to się stało, ale w momencie gdy wbiegłem na Stare Miasto czułem się lekko, jakbym dopiero zaczynał. Postanowiłem przyspieszyć. Co ciekawe, miałem taki zapas energii, że gdy na ostatniej prostej biegnący obok obcy biegacz zapytał „to co, ciśniemy do końca?” skinąłem głową i przyspieszyłem. Po prostu wrzuciłem wyższy bieg i gnałem do mety ile sił, a tych mi dziś nie brakowało. Po przekroczeniu linii mety przybiliśmy sobie piąteczki składając gratulacje. Potem rozeszliśmy się w swoich kierunkach. Z tej chwili pamiętam tylko otaczający mnie zapach potu, widoczne zmęczenie na twarzach biegaczy i endorfiny. Tak, ich tam zdecydowanie było najwięcej. Byłem dumny, nawet nie wiecie jak bardzo. To był piękny moment, szczególnie, że metę przekroczyłem z czasem 1:42:38 (czas oficjalny). Już wbiegając na linię mety uniosłem tryumfalnie ręce do góry.

ZabijGrubasa Blog Bieganie

Powiecie, że to brzmi nieprawdopodobnie? Możliwe. Powiecie, że to nie dla Was? Możliwe. Możecie też mi zaufać, że warto spróbować i podjąć wyzwanie, aby na końcu poczuć taką satysfakcję. Z siebie, ze swojej determinacji i siły, którą obudziliście.

Bieganie jest sportem nudnym, wymagającym poświęceń, ale dającym masę pozytywnej energii. Takie chwile jak ta dziś na mecie są warte nerwów, złości i litrów potu wywalonych z siebie podczas treningów. Takie chwile zostają z nami na całe życie.

Zatem pamiętajcie “Sukcesu nie mierzy się ilością pucharów, ale tym jaki dystans musiałaś przebyć, aby dotrzeć w miejsce, w którym jesteś stamtąd gdzie byłaś.” Walczcie o swoje marzenia – to się zawsze opłaca.

ZabijGrubasa Blog Bieganie

Spodobał Ci się tekst – daj lajka!

  • karolinarojekpl

    Gratki i czekamy na relację z maratonu :)

  • venedie

    Gratulacje!

  • niskoslodzona

    Jestem dokładnie w tym miejscu, w którym jarałeś się 5km bez przerw na marszowanie. Kilka dni temu pierwszy raz poczułam, że chyba powolutku udaje mi się posuwać do przodu. Ciężko się nie porównywać z innymi, ale próbuję :) #BycJakEdwin

  • Tomasz Duch

    no kolego muszę powiedzieć że ostro nakręciłeś mnie tym tekstem , dzięki.