Sierpień 23

Półmaraton Wałbrzych jak dla mnie najtrudniejszy – relacja

By Edwin Zasada In Nowe życie

Budzik zadzwonił o siódmej, gdy w pokoju panowała jeszcze totalna cisza. Słychać było jedynie od czasu do czasu przejeżdżające obok hotelu auto i deszcz stukający o szybę. To była pora, aby wstać i zjeść pierwsze śniadanie będąc na pół przytomnym, gdzieś ponad 400 kilometrów od własnej lodówki. Okryty kołdrą zagryzałem wafle ryżowe w gorzkiej czekoladzie gapiąc się w ścianę i myśląc, jaki to będzie bieg. Stres powolutku narastał, potem już było tylko „zabawniej”.

Wybór Wałbrzycha był częściowo przypadkowy, a częściowo zadecydowały o tym poszczególne plany na biegowe i nie tylko życie. Zapisując się na bieg wiedziałem, że mam na koncie już Warszawę, Poznań, Białystok i Wrocław, czyli brakowało mi jednego biegu do Korony Polskich Półmaratonów. Zgodnie z regulaminem musiałem wybrać jeden z dostępnych na liście. Dodatkowo na to wszystko nakładał się fakt, że 11.09 biegnę maraton, zatem idealnie będzie połączyć to z biegiem testowym (na 3 tygodnie przed startem), a po ubiegłorocznym sezonie wiedziałem, że po maratonie w połówki już nie chcę się bawić. To zbyt duży wysiłek, po królewskim dystansie trzeba odpocząć. Zresztą taki mam zamiar, dzień po wrocławskim maratonie pakuję się w samolot i uciekam na urlop. Jednak zanim ta przyjemna chwila nastąpi, muszę osiągnąć założony cel.

Już wiecie skąd taki, a nie inny wybór. Start w Wałbrzychu miał mi pokazać, w jakiej jestem formie i czy łamanie 3:20 w maratonie jest osiągalne. Szkoda, że wybierając połówkę nie wziąłem pod uwagę profilu trasy, odległości od domu i tym podobnych informacji. W ten sposób sobotni poranek i przedpołudnie spędziłem z moją ukochaną w samochodzie mknąc przez większą część kraju. A wszystko to dla 21 km.

Paulina to musi mnie jednak bardzo kochać, skoro decyduje się podróżować ze mną za biegami.

Półmaraton Wałbrzych jak dla mnie najtrudniejszy  - relacja

Po rozgoszczeniu się w hotelu ubrałem buty i poszedłem zrobić rozruch. Po kilku godzinach w samochodzie taki zabieg miał mi zrobić dobrze, a przy okazji chciałem się rozejrzeć po okolicy, poszukać m.in. startu i zobaczyć jak kształtuje się teren.

To miał być spokojny bieg uzupełniony przebieżkami 15/45 sek., tak dla rozprostowania kości i złapania głębszego oddechu. I faktycznie głębszy oddech złapałem, a wróciłem do hotelu mokry, jakbym dopiero wyszedł spod prysznica sapiąc jednocześnie jak lokomotywa.

Okazało się, że okolica jest bardziej pofałdowana niż zakładałem, a do tego centralna część biegu rozgrywać się będzie na kostce czy jak kto woli – bruku. To był powód do zmartwień w niedzielę rano, gdy chrupiąc po cichu wafle rozmyślałem, jak to będzie. Podbiegi, zbiegi, bruk i deszcz… to nie wróżyło nic dobrego. Ale skoro powiedziałem „A”, to muszę powiedzieć „B” i nie mogę pękać. Najwyżej głośno poprzeklinam w myślach podczas biegu – tak też było.

Pojechaliśmy po pakiet, a gdy dojeżdżaliśmy samochodem na miejsce, Paulina zapytała czy będziemy jutro biec pod tę górkę, pod którą właśnie wjeżdżamy. Odpowiedziałem zaniepokojony, że mam nadzieję, że nie. Myliłem się, wbiegaliśmy tamtędy trzy razy.

Trasa półmaratonu miała 3 pętle (czułem się jak chomik w kołowrotku) prowadzące raz w górę, raz w dół, ale jakby jednak częściej w górę z każdym kolejnym kilometrem. Ci, którzy uważają, że 400 metrów podbiegu na Belwederskiej podczas warszawskiej połówki to coś strasznego, muszą pobiec w Wałbrzychu. Szybko docenia się w takich chwilach płaskie Mazowsze, a z drugiej strony człowiek go nienawidzi, bo nie ma gdzie dobrze potrenować górek.

Przeżyłem ten bieg w deszczu, który tak naprawdę był dla mnie najmniejszym problemem. W końcu nie ma złej pogody do biegania, tylko czasem człowiek się źle ubierze w bezrękawnik lub ma ochotę pospać.

Półmaraton Wałbrzych bieg o najdłuższym podbiegu - relacja

I chociaż nie wracałem do domu z idealnie zrealizowanym planem, który zakładał poprawę życiówki z Białegostoku, to byłem szczęśliwy. Gdyby to był dowolny poprzedni półmaraton rekord padłby na 100%. Wiem, że okres przygotowań do maratonu, który rozegra się w płaskim Wrocławiu, wykonałem dobrze. Natomiast sam wynik 1:38:29 jest dla mnie na tej trasie bardzo satysfakcjonujący, szczególnie mając na uwadze nieplanowany chwilowy postój na trasie.

Co do organizacji biegu to jestem pod olbrzymim wrażeniem kibiców. Dzięki ludzie, że Wam się chciało, że staliście w tych strugach deszczu klaszcząc, krzycząc i zagrzewając do odrobiny większego wysiłku. Organizator też się spisał na medal. Punkty odżywcze dawały radę, trasa choć trudna (to był mój najcięższy półmaraton do tej pory) to ciekawa, a na mecie czekały smakołyki i fajne medale.

Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze u Was zagoszczę. Do zobaczenia i trzymajcie kciuki za Wrocław.

PS. na zdjęciach wyglądam jakbym umierał, ale na mecie głowa i mięśnie jeszcze miały bardzo dużo siły