Maj 16

Półmaraton Białystok – poza strefą komfortu

By Edwin Zasada In Nowe życie

Ostatnio żartujemy sobie z Pauliną w domu, że gdy jadę sam na bieg, to wrócę z nową życiówką. A może to nie są nasze żarty tylko moje złośliwe komentarze. Sam nie wiem, jednak do Białegostoku musiałem drugi raz pojechać bez mojego największego wsparcia. Nie lubię tego, lepiej mi się biega, gdy wiem, że ona jest na mecie i czeka na mnie, ale czasem po prostu trzeba.

IMG_5663

Po Wings For Life nie wiedziałem jak pobiec i czy pobiec. W głowie miałem pomysł, aby odwiesić buty na kołek i dać sobie trochę na luz. Dwa dni po starcie w Poznaniu były totalnym lenistwem. Czułem brak świeżości w nogach, a przecież gdy odpuszczę jedne zawody, nic wielkiego się nie stanie. Świat się nie zawali. Na szczęście rozwiałem czarne chmury. Stało się to trochę za sprawą organizatorów biegu, którzy zaprosili mnie do udziału w panelu „Mistrzowie Biegania”.

półmaraton białystok

Skoro na horyzoncie pojawiła się dodatkowa motywacja, postanowiłem spróbować i zobaczyć co mi z tego wyjdzie. Szczególnie, że po Półmaratonie Warszawskim miałem z tym dystansem pewne rachunki do rozliczenia. Mianowicie w stolicy zabrakło mi 29 sekund do złamania bariery 1:35. Chociaż zegarek pokazał dużo lepszy czas, ten oficjalny był bezlitosny. Zatem mając motywację i cel poszedłem w środę na trening pokręcić trochę kółek jak chomik na Agrykoli.

Przed samym startem już nie szalałem, nie chciałem przegiąć z treningami. Na ostatniej prostej i tak już nic bym nie poprawił. Formy w trzy dni się nie zbuduje, można ją co najwyżej podtrzymać. Dlatego to był po prostu porządny rozruch dla organizmu.

półmaraton białystok

Bilet kupiony, hotel ogarnięty, można było ruszać w sobotę z rana do stolicy Podlasia – miasta, które rok temu mnie urzekło, a powrót tam był czystą przyjemnością. Ludzie są tam jakby bardziej życzliwi, otwarci. Nikt się nie spieszy, jest inaczej niż w Warszawie. Chociaż kocham swoje miasto, doceniam klimat Białegostoku. I to bardzo.

Nie wiem czy to zasługa klimatu tego miasta, czy czegoś innego, ale zapomniałem na moment o poprzeczce jaką sobie wyznaczyłem po cichu na ten bieg. Miałem totalny luz w głowie. Skupiłem się na przyjemnościach. Tu pyszny obiad, tam hotel, chwila relaksu i spacer w kierunku miasteczka biegaczy. Tam czekały pakiety, standardowa procedura, podczas której doznałem czegoś mega fajnego.

Gdy grzecznie dopełniałem formalności, podszedł do mnie jeden z wolontariuszy ze swoją koszulką startową i poprosił o autograf od pogromcy grubasów. Nie pamiętam jak masz chłopie na imię, ale fajnie, że zagadałeś. To był dla mnie totalny szok, pomyślałem ale jak to ode mnie? Wiecie, to zabrzmi nieszczerze skromnie, ale takie nie jest. Nie uważam się za nikogo ważnego, aby dawać autografy, to domena prawdziwych gwiazd, a mi do gwiazdy mega daleko. Jednak podpisałem się na koszulce młodego biegacza z ogromną radością. Bo ta pojawia się na mojej twarzy za każdym razem kiedy ktoś do mnie podchodzi i mówi coś w stylu „czytam Twojego bloga”, „wiem kim jesteś” lub po prostu „cześć Edwin”. I powiem Wam, że zazwyczaj jestem wtedy na maksa skrępowany i nie umiem powiedzieć nic mądrego, ale i tak lubię Was poznawać w rzeczywistości, a nie tylko w sieci.

Po tym jak poczułem się przez chwilę jak gwiazda, poszedłem słuchać tych prawdziwych. Rozmowa z Mistrzami Biegania miała się rozpocząć od wywiadu z Panią Wandą Panfil, Mistrzynią Świata w maratonie. Osobą, która zdobyła ten tytuł dla kraju, chociaż, jak przyznała podczas dyskusji z Mateuszem Jasińskim, nie było to wcale łatwe. Polecam posłuchać jak PZLA nie wierzył w jej możliwości i wcale nie ułatwiał drogi do tytułu. Cała rozmowa jest u mnie na Facebooku.

Pani Wanda jest skromną osobą z olbrzymim doświadczeniem. Jednak pozostali rozmówcy, którzy zasiedli w drugiej części spotkania razem ze mną do mikrofonu, również są wybitnymi biegaczami. Jak to powiedziałem na początku rozmowy „nie wiem co ja tu robię, ale jest mi z tego powodu niezmiernie miło”. No bo wiecie, zasiadłem obok takich osób jak Artur Kern, Piotr Cypyański czy Iza Trzskalska. Oni kręcą niesamowite wyniki, o jakich ja mogę tylko pomarzyć. To zawodowcy, a obok nich ja, skromny żuczek z jednym maratonem na koncie.

Tę rozmowę również prowadził Mateusz Jasiński. Z moimi rozmówcami podejmowaliśmy m.in. takie tematy jak ten, co daje w bieganiu zawodowcom patrzenie na amatorów, a amatorom na zawodowców, czy też jak poprzez bieganie możemy pomagać innym. Ten drugi wątek poruszył Janusz Bukowski, organizator Biegu Wybiegaj Sprawność, do udziału w którym Was serdecznie zapraszam.

Z góry zaznaczę, że sam zapewne za jakiś czas będę chciał obydwa te tematy rozwinąć na blogu, bo po panelu czuję potrzebę spisania swoich przemyśleń i podzielenia się z nimi w szerszym gronie. Natomiast wymianę naszych poglądów ma opublikować u siebie za jakiś czas Mateusz.

Po zakończonym panelu wraz z moim kolegą Bartkiem udaliśmy się do Czarnej Owcy, gdzie próbowaliśmy sobie wmówić, że te wszystkie serwowane pyszności dadzą nam jutro siłę na bieg. Nic merytorycznego się nie działo, zatem pozwólcie, że o ładowaniu się niezliczoną ilością węglowodanów oraz późniejszym rozciąganiu i rolowaniu nie będę Was zanudzać. 

półmaraton białystok

Jednym z tipów jakie mogę Wam przekazać z tego wyjazdu jest niewątpliwie pomysł na rezerwowanie noclegu jak najbliżej miejsca startu. Nie dość, że człowiek się wyśpi to w razie nagłej potrzeby nie musi stać w mega kolejkach do toalety. Sprawdzone info.

@Fot. Patryk Ptak

@Fot. Patryk Ptak

Po szybkiej rozgrzewce przyszedł moment startu. To wtedy napisałem Wam „Trzymajcie mocno kciuki! Idę po swoje. Cel -> rozmienić 1:35”, a sam poszedłem ustawić się za zającami na 1:35. I tu zaczęła się dla mnie prawdziwa jada bez trzymanki tego dnia.

Jedząc jeszcze lekkie śniadanie w hotelowym pokoju obliczyłem sobie tempo na 1:34 co dawało równomierny bieg na poziomie 4:27 kilometr. Tak silnie zakodowałem sobie tę liczbę w głowie, że po pierwszych czterech kilometrach stwierdziłem, że Panowie zające coś nie dociągają i biegną kilka sekund za wolno. Pojawiła się myśl „umiesz liczyć, licz na siebie”, a że nigdy asem z matematyki nie byłem stało się nieszczęście.

Powyższe zdjęcie obrazuje mój genialny pomysł, który zakładał być gonionym, a nie goniącym grupę na 1:35. I nawet ta sztuka mi się udawała. Chociaż po 10 kilometrze nogi stawały się coraz cięższe. A perspektywa dystansu jaki został mi jeszcze do pokonania oraz faktu, że czeka na mnie za moment długa agrafka wcale nie napawał optymizmem. Chociaż dziewczyna, która na 12 kilometrze krzyknęła do mnie „ciśnij Edwin, bo babka czeka na mecie” wywołała uśmiech na mojej buzi, a przynajmniej w głowie. Bo jak patrzę na zdjęcia to mimice mojej buzi bliżej do miny srającego kota niż do Leonardo DiCaprio.

Niestety na 17 kilometrze grupa z zającami na czele dopadła mnie. W mojej głowie była myśl, że ich nieźle odstawiłem – tego dnia moja głowa lubiła sobie ze mnie zakpić. Chłopcy siedzieli mi na ogonie cały czas. A mocna końcówka pozwoliła im bez problemu mnie wyprzedzić. I chociaż przez dwa kilometry próbowałem trzymać tempo jednego z baloników, to wysiadłem. Po minięciu punktu z kibicami na 19 kilometrze dopadła mnie kolka. Przeszedłem dwa razy na krótką chwilę do marszu, bo nie chciałem przegiąć. I nie pomogły ich okrzyki „Zabij Grubasa ciśnij”, chociaż bardzo im dziękuję za te słowa.

Tak naprawdę dzięki olbrzymiemu wsparciu, jakie od Was dostałem na całej trasie, dałem radę. Nie dam rady Was wszystkich wyliczyć, ale jestem bardzo wdzięczny. A bohaterem mojej życiówki niewątpliwie jest grupa kibiców usytuowana na samym finiszu. No takiego dopingu i skandowania mojego imienia jeszcze nie słyszałem. Gdyby nie Wy jestem przekonany, że bym nie przyspieszył.

Trasa biegu była malownicza, wiodła przez fajne punkty w Białymstoku. Jednak nie można o niej powiedzieć, że była łatwa. Liczne zakręty i masa małych podbiegów dawały w kość. Na szczęście pogoda była łaskawa i słońce nie przebijało się zbyt mocno. Zatem jeżeli mnie ktoś zapyta czy na mecie bolało, odpowiem TAK. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie poniżej.

Białystok kolejny raz okazał się dla mnie szczęśliwy. Chociaż zegarek wskazał 1:35:02 na ciut większym dystansie niż półmaraton to liczyłem, że rozmieniłem tę magiczną barierę. W hotelu odczytałem sms-a z wynikiem. Napisali w nim, że 1:34:58, nie wierzyłem, ale zmęczony cieszyłem się jak głupek. Dla kogoś te 2 sekundy to nic nie znacząca chwila, dla mnie tego dnia to była cała wieczność. To był pot, ból i walka z samym sobą, aż do końca. Tego dnia nie było miękkiej gry.

Do stolicy Podlasia wrócę na 100%. Bo zgodnie z tym co krzyczała jedna z mijających mnie dziewczyn, na mecie czekała pyszna babka ziemniaczana. Bo to właśnie ten skromny bieg wyznacza standardy dla imprez w całym kraju. I jak się okazuje, nieważna jest ilość, a jakość. Tutaj ona była w każdym calu na najwyższym poziomie. Wolontariusze, elita, koszulki techniczne, medale, które są piękne.

@Fot. Patryk Ptak

@Fot. Patryk Ptak

I tak jak napisałem wczoraj na Instagramie. Nie wiem jak Wy, ale ja nigdy w życiu nie widziałem, aby dyrektor biegu finiszował wraz z ostatnimi biegaczami. Do wczoraj, bo Grzegorz Kuczyński to uczynił. Chociaż mogę się domyślać, że chłop miał kilka nieprzespanych nocy za sobą, pobiegł ten kawałek zamykając wraz z biegaczami Półmaraton Białystok. Imprezę, którą zorganizował na świetnym poziomie. Szacun dla Ciebie kolego i całej ekipy. Widzimy się za rok!

półmaraton białystok

PS. ten sukces musiałem uczcić browarkiem z kumplami, którzy też biegli. Ale pizzy już nie zmieściłem tego dnia 😉

@Fot. Patryk Ptak

@Fot. Patryk Ptak

Spodobała Ci się relacja – podziel się nią ze znajomymi klikając „Lubię To!”