Październik 10

Padłeś? Powstań! Maraton czeka

By Edwin Zasada In Nowe życie

Czasem w życiu trzeba zrobić coś wbrew zdrowemu rozsądkowi, coś, na co w normalnych warunkach byśmy się nie pisali. Bo serce tak każe, a głowa tego potrzebuje. Bardzo! Tak w skrócie mogę napisać o mojej motywacji do startu w 17. PKO Poznań Maratonie, który uważam za ciut szalony. Ale wszystko po kolei.

Trening czyni mistrza! Tak mówią.

Każdy, kto chociaż raz w życiu zmierzył się z królewskim dystansem, wie, ile to kosztuje. I niezależnie czy biega się maraton w 2:30, 3:20, czy 4:30 – żeby pokonać ten dystans, trzeba zainwestować m.in. masę czasu w treningi, a dodatkowo często wprowadzić w swoje oraz rodzinne życie wiele wyrzeczeń.

Moja droga do startu roku, a takim miał być właśnie Wrocław Maraton, również była intensywna i okraszona hektolitrami potu. Docelowo przygotowania do tego biegu trwały 8 tygodni. Plan był zawieszony wysoko, chciałem połamać 3:20 mając wcześniej nabiegane 3:38 w Warszawie podczas debiutu. Dlatego każdy tydzień przygotowań składał się średnio z 5 jednostek treningowych. Wszystko przemyślane od początku do końca.

W tej treningowej układance nie zabrakło niczego. Z jednej strony budowałem wytrzymałość, a z drugiej inwestowałem dużo w treningi budujące prędkość. Szło bardzo dobrze, nawet lepiej niż pierwotnie zakładałem. Bieg testowy, który odbył się na 3 tygodnie przed maratonem, wypadł bardzo przyzwoicie pomimo dużo trudniejszego profilu trasy, jaki miała czekać na mnie we Wrocławiu.

No i co zabawne – rygor, jaki sobie w związku z tymi planami narzuciłem, spowodował, że nawet polubiłem pobudki o 5:00, aby ruszyć na trening.

Życie to dzifka!

Przygotowany, zmotywowany ruszyłem na start. Wydawało się, że wszystko gra. Węgle naładowane, nawodnienie przeprowadzone prawidłowo. Nic tylko biec swoje z uśmiechem!

Do 10 km szło całkiem nieźle, nawet się hamowałem, żeby nie zacząć biec szybciej niż planowałem. Mam tendencję do przepalenia się na początku. Jednak to co się działo ze mną chwilę później, było nowym, cholernie bolesnym doświadczeniem. Nagle coś przysiadło jakby mi ktoś prąd odłączył. Totalny zjazd i prawie gleba.

Walczyłem tak sam ze sobą wierząc w to, że za moment to minie, a tymczasem zwalniałem coraz bardziej, aż dobrnąłem do flagi z napisem 20 km. Wtedy postanowiłem odpuścić. Czułem się bardzo źle, a wolałem z trasy zejść o własnych siłach niż zostać z niej zniesiony prosto do karetki.

Szczególnie, że kiedyś obiecałem mojej lubej, że w razie „awarii” nie będę cisnąć, że zachowam resztki zdrowego rozsądku i jak będzie trzeba odpuścić, po prostu to zrobię.

To był ten pierwszy raz, gdy zmuszony przebiegiem wydarzeń musiałem jej wysłać sms-a od chłopaka z obsługi „nie ukończę, jestem na 20, idę do hotelu”.

DNF – psychika została porysowana

Po tym zajściu przysiadłem na chwilę, aby odpocząć. Nie wiedziałem, co się stało, zgłupiałem nagle, a do głowy napływało jednocześnie bardzo dużo myśli naraz, a do oczu cisnęły się łzy.

Nienawidziłem się za to – bardzo.

Gdy spotkaliśmy się z Pauliną w hotelu, poryczałem się jak gówniarz. Nie umiałem się opanować przez dłuższą chwilę, to było silniejsze ode mnie. Straszne uczucie, nie życzę go doświadczać nikomu, na żadnej płaszczyźnie życia.

Grunt to społeczność 

Po tym jak napisałem na Facebooku, że DNF, że się nie udało, że jestem na siebie wściekły, dostałem od Was masę cennego wsparcia. Oczywiście największym i najważniejszym psychoterapeutą dla mnie wtedy była moja Paulina, ale doceniam bardzo to co pisaliście.

To poskutkowało tym, że dzień po nieudanym starcie nie leciałem na urlop kompletnie załamany. Ba, w głowie narodził się nawet ambitny plan zrobienia z urlopu dobrego obozu treningowego. W drodze na lotnisko nawet zajechaliśmy po żele energetyczne do sklepu, ale jak się potem okazało, były one całkiem nieprzydatne.

Roztrenowanie… szczególnie głowy

Przez dwa tygodnie wakacji pobiegałem może w sumie ze 3 razy, bardzo krótkie dystanse. Zatem wyżej wspomniane żele stanowiły piękny i zbędny nadbagaż, który jedynie przydał się na lotnisku Okęcie, aby podczas odprawy bezpieczeństwa pogadać chwilę o diecie i bieganiu z Panem fiskającym mój plecak.

Nic, totalnie nic nie robiłem poza moczeniem się w oceanie, wygrzewaniem tyłka na słońcu i ewentualnymi spacerami to tu, to tam. Odechciało mi się, musiałem to wszystko zwyczajnie rzucić w pizdu i odpocząć, bo inaczej mógłbym zwariować.

Czasem tak trzeba.

Przedostatniego dnia urlopu przeglądałem fejsa i widziałem, że wszyscy szykują się na wielką walkę. Tego dnia ruszał Maraton w Warszawie. Myślałem sobie wtedy co dalej, co zrobić, co pobiec, czy pobiec.

Na celowniku miałem kilka dróg. Od dawna miałem zaklepany pakiet na Poznań, mogłem i cholernie chciałem pobiec ultramaraton w Bieszczadach i gdyby nie klęska we Wrocławiu pewnie bym to zrobił oraz dostałem propozycję ewentualnego startu w Budapeszcie (Marcin, raz jeszcze wielkie dzięki za wsparcie w chwilach słabości). To wszystko z datą 09.10 – istna klęska urodzaju. A jakby tego było mało, w głowie rodził się pomysł czy może nie odpuścić i nie zrobić czegoś na wiosnę. Szczególnie, że po powrocie do kraju treningi szły mi jak krew z nosa. Mało i powoli. Nie mogłem wejść na prawidłowe obroty.

Brak ruchu, balijskie jedzenie oraz zimne piwko dały o sobie znać.

I tak do ostatniej chwili myślałem, myślałem i wymyśliłem, że muszę w tym roku rozliczyć się z królewskim dystansem. Nie chciałem tego zostawiać do wiosny.

Automatycznie z mojej listy wypadł Ultramaraton Bieszczadzki, a przez wzgląd na jakość mojego przygotowania postanowiłem wybiegać swoje trochę bliżej domu. Tym sposobem trafiłem wczoraj do stolicy Wielkopolski.

Padłeś? Powstań! Maraton czeka

Serwis psychiki i nowa życiówka 

Wczorajszy start był dla mnie bardzo ważny. Chciałem sobie nim udowodnić, że potrafię, że dam radę. I dałem, z czego jestem bardzo dumny.

Na linii startu stanąłem prawdopodobnie z podobnym poziomem przerażenia pt. „co ja robię” jak to miało miejsce podczas debiutu.

Tylko tym razem byłem w dupie z przygotowaniem. Czułem się jak szaleniec. Jednak do połowy dystansu szło super, byłem mega zdziwiony, że aż tak dobrze. Co prawda potem lekko przysiadłem, ale ani razu nawet przez chwilę nie pojawiło się to uczucie co we Wrocławiu.

Oczywiście brak regularnych treningów i trochę zaniedbanie się dało o sobie znać. Jednak kibice oraz wolontariusze nieśli. Jesteście niesamowici ludzie, że Wam się chciało wyjść w taką pogodę i wspierać – wielka piątka dla Was wszystkich.

I mam tu na myśli te znajome twarze na trasie, jak również tych całkiem obcych wolontariuszy, które czytali imiona biegaczy z numerów startowych, co potrafiło zdziałać cuda. W końcu dzięki temu człowiek czuł się jakby dookoła byli sami starzy znajomi.

Nie będę Was zanudzać samym przebiegiem biegu. Nie jestem w tym najlepszy. Wiem jednak, że cel był jeden – dobiec, a czas nie stanowił roli. I to się udało.

Dziś, gdy schodząc po schodach mam na twarzy lekki grymas bólu, w sercu czuję olbrzymią radość i ulgę. Bo skoro padłeś – powstań!

PS. A na wiosnę wrócę jeszcze silniejszy.

  • Piotr Romanowski

    Pamiętam jak na 20km krzyknąłem do Ciebie w biegu gdy zobaczyłem, że klękasz z boku, na chodniku. Cieszę się, że postanowiłeś pobiec w Poznaniu, i że zrobiłeś to w dobrym stylu. Gratulacje! I pozdrawiam z Wrocławia!

  • Jerzy Wojciech Winkel

    Pokonałeś swoje słabości. Brawo. Wrocław to był piekło. Pozdrawiam.

  • To jest właśnie sport. Można być super przygotowanym, ale jednak pojawi się ściana. Można być faworytem i przegrać. Liczy się jednak ogólny bilans, a nie pojedyncze porażki. Gratulacje!

  • Rafał Jackowski

    Coś wielkiego, pokonać słabości:)

    https://www.youtube.com/watch?v=r8GxcMv1-7I