Maj 3

Myślisz szybko, słyszysz wolno. Myślisz wolno, słyszysz szybko

By Edwin Zasada In Nowe życie

Czym dla Ciebie jest szybki bieg? Ile kilometrów stanowi dla Ciebie długie wybieganie? Czym charakteryzuje się dobry start?

Weź kartkę i zapisz swoje odpowiedzi, a potem zapytaj o to samo trzech, pięciu lub dziesięciu zaprzyjaźnionych biegaczy i porównaj ich odpowiedzi z Twoimi. Nie patrz na ich dorobek sportowy, a na fakt czy uprawiają ten sport regularnie. Po prostu porównaj.

Mogę się założyć, że odpowiedzi tych osób będą się różnić. Czasem niewiele, ale jednak będą inne. Jaki z tego morał? Taki, że nie warto się wiecznie porównywać do innych, ponieważ każdy z nas ma inny tryb życia, intensywność treningów oraz predyspozycje startowe.

Gdy zaczynałem biegać, wiedziałem, że chcę spalić dodatkowe kalorie, aby osiągnąć szczupłą sylwetkę. Nie myślałem wtedy o ściganiu się na startach, ani o biciu życiówek na każdym kolejnym biegu. Bieganie było proste, a przy okazji efektywne. To było po prostu narzędzie do pracy nad sobą.

Jednak po pierwszym oficjalnym starcie pojawił się u mnie objaw mówiący, że kocham sportową rywalizację, że za chwilkę przepadnę w ślepy pęd za wynikiem. Wtedy zacząłem podglądać wyniki kolegów i koleżanek, a na biegach liczyć ile osób ukończyło start za mną. Do tego dochodziła kwestia poprawiania wyników życiowych, nawet jeśli miało to być urwanie jedynie kilku sekund. To było najważniejsze. Wszystko to było ślepe i głupie. Bo każdy z nas jest inny.

Kiedyś podczas treningu wyprzedziłem swoją sąsiadkę, która na następnej mijance na powrocie rzuciła zaczepnie „sąsiad to szybko biega”. Odpowiedziałem wtedy zupełnie instynktownie i zgodnie z prawdą „Dziś? Dziś to jest wolne tempo biegu” i poszurałem dalej.

Z perspektywy czasu wiem, że to była zła odpowiedź. Powinienem był wtedy powiedzieć coś w stylu „sąsiadka też tak będzie za jakiś czas”. I nie byłaby w tym ani grama fałszywej grzeczności. Bo przecież nikt Rzymu od razu nie zbudował. Na wszystko trzeba ciężko zapracować i jestem pewien, że gdyby ona tylko chciała oraz miała na to czas, mogłaby tak biegać.

Skąd to wiem? Po sobie samym.

Dla mnie jeszcze rok temu przebiegnięcie pięciu kilometrów było olbrzymim wyzwaniem, a tempo 5:30 czy 5:00 min/km było tylko marzeniem. Obecnie obydwie te rzeczy stały się faktem, a na ich miejsce pojawiły się nowe wyzwania, poprzeczka poszybowała do góry.

Nadal biegam dla życiówek, nadal mocno trenuję, a do każdego startu podchodzę śmiertelnie poważnie. Jednak nie porównuję się już z innymi, nie gonię ślepo za miejscem na podium, bo i tak wiem, że nigdy na nim nie stanę. Nie dołuję się, gdy komuś ze znajomych pójdzie lepiej. Ja po prostu ścigam się sam ze sobą i Wam też polecam.

W końcu nie każdy z nas musi być ultra maratończykiem czy mistrzem świata na sto metrów.

Zatem gdy ktoś mi mówi, że przebiegł swoje pierwsze dziesięć kilometrów w godzinę lub dłużej, nie myślę, że to wolno. Widzę wtedy zwycięzcę. Człowieka, który ruszył się z kanapy i pokonał własne słabości. Wiem ile go kosztował ten wysiłek i za to darzę go szacunkiem licząc, że na tym nie poprzestanie.

Więc gdy ktoś Ci mówi, że pokonał maraton lub biega w zawrotnym tempie, nie myśl sobie „ale szybko”, tylko pomyśl „ja też tak będę gdy dorosnę”. A do tego doprowadzi Cię tylko ciężka praca na treningach.

I pamiętajcie, nie liczy się tempo czy dystans, a uśmiech na twarzy po lb w trakcie biegu.

Spodobał Ci się wpis – daj lajka!

  • wini

    Ja dopiero zaczynam biegać- 2 miesiąc. Założyłam sobie bieganie co drugi dzień 30 minut . Nagle okazało się, że trasę, którą robiłam na początku w 30 minut teraz robię w 20. Zauważyłam, że lubię szybsze tempo (tak, jakby mnie ktoś gonił 🙂 Musiałam więc wydlużyć trasę. Czuję się świetnie. ścigam się sama ze sobą i wietrzę umysł po całym dniu domowych obowiązków (Mamuśka na macierzynskim z dwójką maluchów). Nie tracę czasu na dojazd do fitness klubu czy na basen. Ubieram adidasy i już jestem szczęsliwa. Nawet gdy mam wrażenie,że nie chce mi się to moje buty do biegania zaczynają mnie przyciągać i nie ma opcji ,żeby odpuścić. Wiem, że będę zwiększać dystans i pokonywać własne małe rekordy. Dzięki Ci za tego bloga. Miło tu zaglądać i motywować się.

  • 100% racji. Ja właśnie zapisałem się na pierwszy swój maraton we wrześniu. Dzisiaj przebiegam maks. 25km. Gdy biegnę teraz 25-ty km to 40-stka wydaje się być nieosiągalna. Wrócę tu za 5 miesięcy i obwieszczę, że zrobiłem to!:). Ps. Na post można spojrzeć szerzej, nie tylko przez pryzmat biegania. Swoje rekordy można bić w każdej niemal dziedzinie życia:) i nie tylko dla pozycji, kariery czy pieniędzy a dla uśmiechu właśnie:)

    • Wróciłem, jak obiecałem. Pierwszy maraton już za mną. Dałem radę choć było ciężko. Kolejne przede mną. Warto.

  • Jestem początkująca, mocno początkująca…3 kilometry to da mnie osobisty maraton a uśmiech nie schodzi mi z twarzy. I tak jak napisałeś, o to chodzi:)

  • Danka

    dla mnie jeszcze miesiąc temu 5 km to był maraton nie do pokonania. Dzięki za każdą zachętę z twoje strony, bo każdy wpis na blogu czy fejsie własnie taki dla mnie był. Stwierdziłam, ze skoro inni mogą to ja też =) biegam nie za szybko ale nie męczę się mogę swobodnie rozmawiać ale wiem, że jeszcze kilka tygodni i będzie o wiele szybciej. Jak na razie 5 km w około 35 minut co drugi dzień.

  • Autystyczna

    Świetna motywacja. Ja biegać zaczęłam niedawno bo 2 tygodnie temu, ale mam tak, że w ciągu dnia myślę o tym jak dobrze będzie pobiegać wieczorem. Wychodzę z domu i lecę nieważne gdzie, nieważne jak ważne że z uśmiechem nie tylko na twarzy ale też na duszy.

  • emka

    Warto też dodać, że pierwsze efekty przychodzą szybko – bo po prostu zaczynamy się ruszać. Bardzo trudno jest, gdy dochodzimy do pewnego momentu, gdy już niewiele potrafimy poprawić – bo wymagałoby to bardzo intensywnych treningów – a w życiu prócz biegania każdy z nas coś jeszcze robi. Bieganie dla biegania, dla przyjemności, dla endorfin, dla chwili tylko własnych myśli 🙂

  • Gall Anonim

    A ja zaś chciałbym biegać, trafiłem na twojego bloga i tak czytałem go od deski do deski. I wtedy postanowiłem pójść pobiegać, ale skończyło się na kontuzji i ogromnym bólu w kolanie i tak marzenia się skończyły odnośnie biegania. Bo zaś jak pewnie poszedłbym biegać skończy się na bólu. Pozdrawiam :/

  • Wilk

    Edi, nomenklaturą partyjną jak laską się wesprę by powiedzieć – kolejny wpis i kolejny raz jestem z Tobą całkowicie po linii.

    Moja „kariera” biegacza to wyryte na drzwiach wejściowych scyzykiem siedem kresek, a każda z nich znamionuje jeden rok. Truchtam sobie raz wolniej raz szybciej czerpiąc z tego ogromną przyjemność już ósmy rok.
    Zacząłem nietypowo, bo wcale nie powodowany wiosennym zrywem. Był środek zimy, miesiąc grudzień, atmosfera leniwa i tuż po świąteczna. Gdzież tu o bieganiu myśleć? Jednak jedno z rodzinno – świątecznych zdjęć sprawiło, że ujrzałem coraz bardziej obleśnego i zapuszczonego fizycznie grubasa, któremu z za pasa wylewał się pokaźny kałdun. Wystarczający motywator, a ten typ ze zdjęcia to ja. Nie chciałem by wyglądało to na noworoczne postanowienie, dlatego nie zważając na to co za oknem, czym prędzej wdziałem buty – rozczłapane adidasy – i wykonałem swoją pierwszą rundę po Lasku Kabackim. 28 grudzień. Było tego jakieś 4 do 5-ciu kilometrów tempem spacerowo truchtowym. Byłem przeszczęśliwy i niezmiernie z siebie zadowolony. Natomiast moje płuca doznały szoku otrzymując nadliczbową i niespodziewaną dawkę tlenu. Rzęziłem jak nałogowy palacz. I tak przebiegałem pierwszy zimowy sezon w rozczłapanych adzikach, polarowych spodniach, wełnianej czapie, bawełnianych koszulkach i bluzach, z szalikiem pod szyją. Wzdrygam się na samo wspomnienie mojego średnio komfortowego ubioru. Na tle „zawodowców” śmigających po Lasku Kabackim wygladałem jak obwieś. Nie mniej jestem potwierdzeniem tezy, że sam sprzęt nie biega i nie wykona za nas ani metra. Dopiero po trzech miesiącach nabyłem pierwsze przyzwoite obuwie i rozpocząłem z wolna kompletowanie garderoby zapewniającej komfort oraz stanowiącej ochronę przed możliwymi kontuzjami.

    W czasie owych siedmiu lat nie aplikowałem sobie przerwy dłuższej niż dwa tygodnie. Buty do biegania – by ich nie wozić – mam porozstawiane dosłownie wszędzie. Stoją w domu moich rodziców, mojej siostry, siostry żony. Wszyscy mieszkają w różnych miastach. Od około trzech lat ustawiłem swój dystans na 15 kilometrów pokonywanych co drugi dzień. Raz szybciej, raz wolniej. Jednego dnia czuję w sobie power i tnę wtedy jak samobójca na autostradzie. Innym razem czuję, że moim sukcesem będzie dotarcie do końca wyznaczonego dystansu. W takich wypadkach nie szarżuję, a jeśli się uda, staram się podczepić pod kogoś kto mnie pociągnie.

    Bieganie daje mi fantastyczne samopoczucie. Było częścią większego planu zrzucenia nadliczbowych kilogramów. Udało się. Nie sposób nie wspomnieć o kondycji. Jestem bardziej gibki, elastyczny, zwrotny. Jednym słowem czuję się świetnie we własnym ciele. Nie ścigam się jednak z nikim. Nie łapie bakcyla „maratońskiego” ani biegów startowych. Rozumiem jednak tych co czują taką potrzebę i szanuje wszystkich maratończyków. Ja biegam sam dla siebie. By czuć się dobrze, bo to czas by porobić sobie porządek w głowie, by się zmęczyć…itd. Kiedy przychodzę po tej swojej piętnastce jestem tak pozytywnie naładowany, iż trwam w przekonaniu, że mógłbym wtedy z Tyson-em na ringu się mierzyć.

    Na koniec wiedziony kilkoma przeczytanymi komentarzami, słowa wsparcia dla tych co swój staż w tygodniach wciąż liczą. Biegajcie i niech Was jesienna słota i zimowa aura (one też kiedyś nadejdą) nie zniechęcą. Bieganie jesienią, bieganie zimą, bieganie cały rok jest przyjemne. Najważniejsze to nie skupiać się na wynajdywaniu wymówek, tylko powiedzieć IDĘ!
    Ja właśnie kończę siorbać smoothie z mango, mleka i avokado i IDĘ tłuc swoje kilometry.

  • Moja przygoda z bieganiem rozpoczęła się w październiku czyli przeżyłam najchłodniejszy czas teraz już tylko w stronę słońca: 600km mam już w nogach i bardzo mnie to cieszy:)