Marzec 22

Małe marzenia – Londyn zdobyty

By Edwin Zasada In Nowe życie

Ostatni raz startem w półmaratonie stresowałem się tak bardzo niecały rok temu. To było przy okazji debiutu w Warszawie. Biegu, do którego szykowałem się przez rok wylewając litry potu na treningach. Tym razem podobne uczucie dopadło mnie z racji startu w Londynie. Mojego pierwszego półmaratonu poza granicami naszego pięknego kraju.

Jakoś pod koniec 2015 roku zamarzyłem o biegowych podróżach. Jednak nie chciałem się ograniczać do Polski, szczególnie, że biegałem już w Poznaniu, Białymstoku, Wrocławiu, Gliwicach, Gdańsku, Krakowie… Było tego całkiem sporo, a apetyt nadal rósł. Dlatego postanowiłem zawiesić poprzeczkę wyżej i zapisać się na bieg w Londynie. Dlaczego akurat tam? Do końca nie mam na to racjonalnego wytłumaczenia, ale chciałem, aby to był test przed półmaratonem w Berlinie, który miał być kolejnym celem na liście, ale na który finalnie nie udało mi się dostać. Natomiast drugim argumentem za startem w UK była niewątpliwie meta londyńskiego biegu. Kusiła bardzo. W końcu ile razy w życiu człowiek ma szansę finiszować na kultowym stadionie Wembley?

 

914577_471886233004653_1565983383_n10986090_461046990763415_853244670_n

IMG_3386

 

 

Zapisując się na bieg działałem impulsywnie, nie myślałem o tym, jak pobiegnę, ile to wszystko będzie mnie kosztować i czy to właściwie ma sens. Spełniałem swoje drobne marzenie. I choć udział w tej imprezie nie należał do najtańszych (pakiet startowy kosztował ponad 260 zł), to nie żałuję.

Do stolicy Wielkiej Brytanii wybrałem się ze swoim najwierniejszym kibicem, czyli moją Pauliną oraz dwójką znajomych (Martyną i Łukaszem), z którymi często wspólnie podróżujemy.  Już od pierwszego dnia wycieczka była intensywna. Żeby dostać się na lotnisko i wsiąść do samolotu musieliśmy wstać w w środku nocy, bo 3 nad ranem – to zdecydowanie środek nocy. Piszę o tym, ponieważ przed biegiem ważne są te poprzedzające go dni. Trzeba się wyspać, a wspomniany wyżej stres uniemożliwia zazwyczaj dobrą regenerację noc przed startem, dlatego te dwie trzy wcześniejsze są tak istotne. Mi się to tym razem średnio udało. Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że zaraz po wylądowaniu ruszyliśmy na zwiedzanie. W końcu bieg był tylko jednym z elementów tej wycieczki.

6161_1258925024137660_6330974168950269060_n 1389501_1115277518502747_821156844_n 10369418_1712712655680278_1399524204_n 10643928_1123283074357950_1001969622_n 10953554_595684343914003_1140916919_n 11809968_1113835398669298_1304372873_n 12725016_248749232127865_758929576_n 12816946_1012910578802171_2138970768_n 12818894_1665949380321740_525566880_n 12825987_542450269270469_1752383903_n 12826011_861794087279941_530614690_n 10259804_1258991760797653_5266556208475566544_n

Zatem piątek i sobota były bardzo, ale to bardzo intensywne. Mam poczucie, że dobrze spożytkowaliśmy ten czas i zobaczyliśmy główne atrakcje Londynu, a co najważniejsze, w to zwiedzanie udało mi się wpleść krótkie treningi, aby rozruszać trochę kopytka przed niedzielą.

A nie ma co ukrywać, ostatnie 2-3 tygodnie przed dniem biegu były dla mnie zdecydowanie intensywniejsze treningowo niż cała zima. Robiłem podbiegi, tempówki, trening narastający itp. itd. A jak już wspominałem na blogu, mam poczucie, że zimę przespałem, a przynajmniej nie wyciągnąłem z tego okresu tego, co mogłem wyciągnąć podczas treningów. Na szczęście na kondycji to się nie odbiło, co pokazuje wynik biegu.

A skoro o nim już mowa, to na mecie zameldowałem się po upływie 1:43:07 (czas netto). Dużo mi do pierwszego zawodnika nie zabrakło, w końcu on przekroczył linię mety z czasem 1:02:41 – no dobra, żartowałem, to przepaść! Na szczęście nie mam ambicji zostać mistrzem świata. 🙂

IMG_3588

Jednak chcę poprawiać swoje wyniki, ten z Londynu jest słabszy od pierwszego wyniku, jaki zrobiłem w Warszawie podczas debiutu. Co prawda różnica jest niewielka, bo wynosi 29 sekund, ale ewidentnie nie ma się z czego cieszyć. Chociaż niektórzy mogą powiedzieć, że gadam głupoty, ja wiem, że mnie stać na więcej. Świadczy o tym fakt, że gdyby nie żołądek i przygody na pierwszych 10 kilometrach trasy, byłoby lepiej. Niestety straciłem około 6 minut na trasie.

Co do samej imprezy to mamy cały czas czego się uczyć jako organizatorzy biegów masowych, ale zdecydowanie nie mamy się czego wstydzić. Nasze imprezy są na naprawdę bardzo wysokim poziomie.

W Londynie odebranie pakietu w dniu startu zajęło mi 5 minut po przybyciu na Wembley Park – szok! Co ciekawe, niektórzy organizatorzy w Polsce nie umożliwiają takiej opcji – przykładem jest tu Warszawa, gdzie pakiet startowy można odebrać tylko w piątek lub sobotę w określonych godzinach. Może warto to przemyśleć? W końcu nie każdy przyjezdny ma taką opcję. Natomiast sam bieg, pomimo olbrzymiej frekwencji, był świetnie zorganizowany. Strefy startowe bardzo pomogły wszystkim dobrze rozpocząć wyścig, a obsługa na trasie była mistrzowska – podobnie zresztą jak u nas, niezależnie czy mówimy o Warszawie, Poznaniu czy Białymstoku. Chociaż rozdawanie wody w butelkach uważam za marnotrawstwo – przecież nikt nie ma szans osuszyć co 4 kilometry butelki wody/izotoniku. Tutaj nasze plastikowe kubeczki zdecydowanie są na plus, chociaż trudniej się z nich napić bez rozlewania.

Jako ciekawostkę dodam tylko, że organizator na trasie nie zapewnił żadnego „jedzenia”. To było dla mnie dość dziwne, bo u nas można doładować zazwyczaj energię kawałkiem banana, kostką cukru lub gorzkiej czekolady. Jednak gdyby ktoś chciał się najeść podczas biegu, nie musiał się o to martwić. Na trasie co chwila stali kibice z pomarańczami lub dzieci rozdające biegaczom różnego rodzaju słodkości, takie jak np. żelki. Ogólnie atmosfera była pro – nikt nie krzyczał i nie trąbił, że mu biegacze miasto blokują. Chociaż może to zaleta tego, że Wembley jest oddalone od ścisłego centrum i ono nie zostało odcięte od ruchu, a metro w Londynie i tak zapewnia bardzo sprawny transport.

Kolejną ciekawostką jest pakiet startowy. Składał się on na początku tylko z numeru startowego. Żeby dostać m.in. koszulkę finiszera (bardzo fajną) trzeba było pokonać trasę biegu. O ile medal to norma, to opcja z wręczaniem koszulek oraz pozostałych rzeczy dopiero za linią mety bardzo mi się spodobała. Fajnie jakby takie rozwiązanie wdrożono u nas.

Reasumując, bo nie chce przynudzać, patrząc na tę stratę podyktowaną awarią żołądka, umiarkowanie wymagającą trasę biegu (profil poniżej) oraz fakt, że drugą część trasy pokonałem ze średnim tempem 4:30, to jest jakieś światełko w tunelu. Zobaczymy, co za niecałe dwa tygodnie wydarzy się w Warszawie. Czy uda mi się pobić zeszłoroczny wynik, czy zbliżę się do życiówki z Białegostoku.

Jednak, żeby tak się stało, muszę nadal mocno trenować. Szczególnie podbiegi, bo te podczas tego startu dały mi mocno w kość. O ile na prostej nie było problemu w utrzymaniu tempa, to każda górka spowalniała mnie i musiałem po jej pokonaniu nadrabiać. A jak wiemy, nic nie przychodzi samo, a szczególnie dobra forma. Zatem teraz kolejne dwa tygodnie intensywnej pracy, a potem trochę luzu. Chociaż w niedługiej perspektywie jest jeszcze Poznań… Jednak tam będzie inaczej niż zwykle, ale o tym w osobnym wpisie.

Natomiast do Londynu wrócę na 100%, zarówno na bieg, bo atmosfera i zabawa świetna, ale też na większe zwiedzanie, bo zdecydowanie czuję niedosyt.

  • Gratulacje 🙂 Jak widać da się realizować swoje marzenia zwłaszcza wtedy, gdy stosuje się konsekwentny trening i motywację w postaci działania ( biegania)

    Pozdrawiam mega pozytywnie

  • Gratulacje:)