Maj 30

Krok w stronę ultra – relacja z Biegu Rzeźniczka

By Edwin Zasada In Nowe życie

Jeszcze tylko jeden podbieg, a potem do samej mety cisnę z górki. Taka myśl mi dudniła w głowie z każdym kolejnym krokiem stawianym na Małe Jasło.

Ten dzień miał mi pokazać ile jestem wart poza asfaltem. To był dzień mojego debiutu w biegu górskim. Nie bez kozery padło na Rzeźniczka. W końcu to młodszy brat prawdziwego biegu ultra, jakim jest Rzeźnik, o którym krążą legendy i kojarzą go ludzie, którzy z bieganiem nie mają nic wspólnego.

W poszukiwaniu nowego bodźca… 

Przyznam Wam, że kozica ze mnie jak z koziej dupy trąba, zatem ten start niektórym moim bliskim mógł się wydawać dość szalonym pomysłem. W sumie przez chwilę sam się złapałem na takim myśleniu. Szczególnie, że nigdy nie ciągnęło mnie w góry, ale za to od zawsze kochałem uciekać w wolne weekendy na Mazury i nad morze. I nagle coś pękło. Czyżbym dojrzał do nowego? Czy chodzenie po górach przychodzi z wiekiem? Nie wiem, ale podoba mi się ta cisza i bliskość przyrody.

Szczęśliwy traf chciał, że w momencie dość sporej rezygnacji podyktowanej zmęczeniem wynikającym z dużej ilości biegów na końcówce sezonu (dwie połówki zaraz po Maratonie Warszawskim) oraz lawiną pracy, wpadła mi w ręce pewna książka. Lektura tak mnie pochłonęła, że przepadłem na dłuższą chwilę. Jednak co ważniejsze, te kilkaset stron zainspirowało mnie do działania, pokazało nowy kierunek. Wtedy pierwszy raz poważnie zacząłem przebąkiwać o starcie w górach. Ja, człowiek, który nigdy nie chodził po szlakach. Kompletny nowicjusz górskiego ścigania wyznaczył sobie nowy cel.

Tym celem był Rzeźniczek, a moją inspiracją książka „Szczęśliwi Biegają Ultra” autorstwa Magdaleny Ostrowskiej-Dołęgowskiej oraz Krzysztofa Dołęgowskiego. To dzięki tej publikacji znalazłem motywację do ruszenia tyłka. Wiedziałem również, że nie będzie łatwo, ale opisy w książce mówiły mi, że widoki zrekompensują mi wszystko. Mieli rację – dzięki Wam za to!

O samej książce mam zamiar rozpisać się ciut więcej innym razem. Jednak uważajcie, co czytacie, bo możecie skończyć tak jak ja. I nie wiadomo, gdzie Was nogi poniosą. A uwierzcie, że mogą naprawdę daleko.

Bieg Rzeźniczka 2016 relacja

Powiedziałeś „A” to teraz rusz dupę…

Żeby przebiec 10 kilometrów, trzeba być średnio na jeża aktywnym. Aby pokonać maraton, trzeba ostro trenować, a żeby biegać po górach, trzeba ostro zapierdalać. Wiedziałem tylko tyle i aż tyle.

Góry nie wybaczą Ci braku przygotowania i to niezależnie czy idziesz, czy biegniesz. Na asfalcie tak nie ma. Wiedz, że wychodząc im naprzeciw, dostaniesz w kość. Zatem lepiej być na to przygotowanym.

Tak też postanowiłem zrobić. W końcu nienawidzę przegrywać, zatem moim głównym celem na Rzeźniczka było dobiec – bo wtedy zwyciężę.

Mieszkając w płaskiej Warszawie nie jest łatwo przygotować się do biegania w górach. A przynajmniej trudno się z nimi oswoić. Jednak nie ma rzeczy niemożliwych. Wystarczy dobry plan, a mój polegał m.in. na dużej ilości wybieganych kilometrów oraz podniesieniu poprzeczki jeżeli chodzi o wyniki na asfalcie. Bo żeby dobrze biegać w górach, trzeba też dawać radę po płaskim.

Trenowałem nawet sześć razy w tygodniu. Szczególnie od marca do samego startu. Moja objętość miesięczna zwiększyła się ze 180 kilometrów do prawie 250 miesięcznie. Czułem, że idę w dobrą stronę, szczególnie po starcie w Półmaratonie Białystok, gdzie złamałem barierę 1:35 na tym dystansie.

Jednak już po całej przygodzie z Rzeźniczkiem wiem, że jeden weekend w górach to za mało. Co prawda intensywnie go przepracowałem w Beskidach, ale żeby wczuć się w ten sport, trzeba spędzić więcej weekendów w roku na pokonywaniu górskich szlaków. Zatem jest co optymalizować do kolejnego startu.

Pakowanie jest najgorsze…

Śmiem twierdzić, że ile razy w życiu bym jeszcze nie podróżował, chyba nie nauczę się nigdy, aby spakować się wcześniej niż na ostatnią chwilę. #klasyka

Nie polecam odkładania tego zajęcia na ostatnią chwilę. Szczególnie gdy czeka nowa przygoda, na którą trzeba zabrać więcej rzeczy niż zwykle. Bo o ile na asfalt mam np. stały zestaw, a nawet kilka, to w przypadku wyjazdu w góry (szczególnie pierwszy raz) sprawa nie była tak oczywista.

Skończyło się na zabraniu nadprogramowych rzeczy, które nie były kompletnie użyte, ale lepiej więcej niż za mało – jak się okazało np. w przypadku agrafek na kilka godzin przed startem. Taka mała rzecz, a spędziła mi sporo snu z powiek, bo jedyna para jaką miałem, zagubiła się. I nagle pojawiło się pytanie „na co przypiąć numer startowy”, a potem paniczne poszukiwanie zguby. Była masakra! I pomysły typu „przykleimy na taśmę lub przyczepimy na kółka od kluczy”.

Bieg Rzeźniczka 2016 relacja

Głodny biegacz to zły biegacz…

Nie będę Wam się rozpisywać, na temat tego, że przed startem praktycznie nie spałem, bo większość z Was pewnie kiedyś czytała, o tym, że stres działa lepiej niż najmocniejsza kawa. Ale, że hamuje apetyt, to tego nie wiedziałem!

Rano przed wyjściem na start nie mogłem nic w siebie wcisnąć. A to do mnie nie było podobne. Moim małym biegowym rytuałem są dwa śniadania. Potrafię nastawić budzik tylko po to, aby zjeść bułkę z dżemem i dalej wrócić do chrapania. A tu po prostu blokada. Masakra jakaś! Dopiero gdy zdobyłem nowe agrafki, a do biura zawodów przybyli moi współtowarzysze wyprawy w Bieszczady, stres lekko odpuścił. Ale tylko lekko…

Start w Rzeźniczku porównuję do debiutu w jesiennym maratonie. Głowa cały czas pracowała, a psychika wydawała się mocno porysowana zanim ruszyłem na trasę. Jednak na końcu okazało się to być mobilizujące.

Moja ekipa wsadziła mnie do kolejki wiozącej biegaczy na linię startu. Pomachała i puściła w cichą i spokojną podróż. Widoki robiły robotę, pozwoliły zapomnieć, że właśnie jadę na małą rzeź, że za kilkadziesiąt minut już będzie tylko ogień z dupy i ciśnięcie do mety.

Kibice na wagę złota…

Pierwsze trzy kilometry biegu były całkiem szybkie. Trasa pozwoliła rozpędzić się do 4:50 na kilometr. Na szczęście resztki zdrowego rozsądku powstrzymały mnie od ustawienia bliżej linii startu i gnania od samego początku.

Jak się okazało już na 4 kilometrze, to był mądry ruch, aby nie zgrywać kozaka na początku. Ten kto powiedział, że wyścig zaczyna się za Okrąglikiem miał rację. Zatem do tego czasu skupiłem się na ekonomicznym „biegu”. Wiedziałem, że potem czeka mnie srogi wpierdol i spokojne zlatywanie z górki do Cisnej.

Na trasie co jakiś czas trafialiśmy na wędrowców. Wszyscy życzliwi i uśmiechnięci dopingowali nas.  Nie było może takich tłumów jak na największych imprezach asfaltowych, ale życzliwość była 100%. No i ta cisza, błogi spokój i otaczająca natura. Chociaż pot lał się po tyłku, to dzięki otoczeniu można było się na chwilę zapomnieć.

Na 14 kilometrze byłem po mniej więcej upływie 1 godziny i 45 minut. Już wtedy porzuciłem chore nadzieje na złamanie 3h. Chociaż jeszcze na wieczór przed biegiem obliczałem jak biec, aby to zrobić na trasie, która zgodnie z zapowiedziami organizatorów, została wydłużona o blisko 2 km. Dobrze, że jednak zweryfikowałem swoje plany.

Gdybym podjął próbę dokonania tego, prawdopodobnie odpadłbym z wyścigu przez brak sił. To byłoby bolesne. A chciałem dobrze wspominać swój debiut w górach. Chciałem dotrzeć do mety, aby zwyciężyć.

Na końcu podejścia pod Okrąglik wyprzedziła mnie koleżanka, gdy wciągałem drugi żel. Poklepała po plecach i powiedziała „wciągaj żel i zapierdalaj” lub coś w tym stylu. Dokładnie nie pamiętam, skupiłem się na doładowaniu mocy, żeby wrócić do żywych i gonić. A to była jedyna słuszna opcja, bo czas mijał nieubłaganie, a na mecie nerwowo wyczekiwała mnie Paulina.

Po Okrągliku myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, że teraz to będzie luzik. Myliłem się i to dość mocno. Podejście na Jasło i Małe Jasło to nie przelewki. Szczególnie gdy łydki pieką, a uda są już lekko zbite. Jednak gdy chociaż na chwilę człowiek oderwie wzrok od ścieżki i rzuci okiem na boki, całe zmęczenie jakby odchodzi. Krajobraz biegów górskich jest mega! Naprawdę idzie się zakochać.

Podejścia nie są najgorsze… 

Gdy usłyszałem na Małym Jaśle, że do mety już tylko z górki, odżyłem na nowo. Cisnąłem na zbiegach. Szło mi to co prawda mało technicznie, a w głowie świecił się lekki hamulec bezpieczeństwa mówiący „uważaj na kolana”, jednak nie odpuszczałem. Finalnie druga część biegu była zdecydowanie szybsza.

Gdy wpadłem na mostek kolejowy w Cisnej, byłem jakby zahipnotyzowany. Tłum kibiców i ich głośny doping dla Rzeźniczków zrobił swoje. A gdy zobaczyłem, że ktoś mnie wyprzedza, postanowiłem poszukać jakichś ukrytych sił. Nagle na ostatniej prostej nogi jakby zaczęły lekko mocniej pracować.

Na metę wpadłem po upływie 3 godzin 20 minut i 37 sekund. I wiecie co, jaram się tym wynikiem jak cholera. Pierwszy raz, pomimo niezrealizowania swojego planu, jestem mega zadowolony.

Rzeźniczek nauczył mnie, że nie zawsze chcieć oznacza móc. Na szybkie bieganie w górach jeszcze przyjdzie czas. Tak, przyjdzie, bo chociaż na trasie głośno przeklinałem, a nogi dostały ostry łomot, to na mecie przebąkiwałem coś o Rzeźniku za rok.

Zatem drogie Biesy, ja do Was wrócę. Dla takich widoków, ludzi i jedzenia – warto. A uczta po biegu w Chacie Wędrowca była iście po królewsku. Jak na zwycięzcę przystało.

PS. Nigdy nie piłem piwa z taką przyjemnością jak na mecie Rzeźniczka 😉

chata wędrowca świętowanie po rzeźniczku

Spodobała Ci się relacja? Kliknij Lubię To!