Maj 24

Jak Ty to robisz – czyli kilka słów o mojej metamorfozie

By Edwin Zasada In Nowe życie

Ludzie w kontekście biegania i jedzenia zadają mi pytanie „jak Ty to robisz?”. Ciśnie mi się wtedy na usta odpowiedź „normalnie”. Bo w sumie to tak jakoś samo wychodzi. Jednak im dłużej to pytanie się powtarza, tym mocniej zaczynam się zastanawiać nad odpowiedzią.

Chyba dojrzałem, aby spisać swoje przemyślenia na ten temat i mieć odpowiedź na przyszłość.

Byle jak, byle gdzie, oby się nażreć…

Tak było kiedyś. Wstawałem rano i grzałem po prysznicu na złamanie karku do pracy, bo na więcej nie starczało czasu. Herbata, sok, śniadanie? No błagam Cię! Ewentualnie jakiś energetyk po drodze, aby nie zasnąć. Przed pracą zazwyczaj osuszałem już dwie puszeczki. Nie ma to jak zapach landrynki z rana.

Moim przyjacielem był wtedy Pan Kanapka. Przybijałem z nim regularnie piątkę około dziewiątej rano, a on za każdym razem cieszył się na mój widok. No ale nie ma co się dziwić skoro wciągałem każdorazowo dwie, a czasem nawet trzy buły. Wszystko zależało od tego, jak bardzo byłem głodny. A zazwyczaj byłem bardzo, bo wstawałem przed szóstą. I chociaż jadłem późną i sytą kolację, na widok tych kanapek budził się we mnie wilczy apetyt.

Do południa wspomagałem się zazwyczaj napojami słodzonymi lub batonami w hurtowej ilości. W końcu cukier pobudza, a ja nie piłem kawy.

Obiad był u normalnych ludzi wczesną kolacją. Zazwyczaj talerz był grubo zasypany. Potrafiliśmy na dwie osoby zrobić 500/600 gram mięsa, sos ze słoika i pół torby makaronu. A gdyby sieci serwujące fast foody przyznawały jakieś odznaki za ilość wciągniętych kanapek, miałbym stopień generała. Ewentualnie mógłbym reprezentować nasz kraj na olimpiadzie fanów kurczaków w panierce jedzonych na czas.

I co najważniejsze, nie było opcji zasnąć na głodnego. Burczy w brzuchu? Zapomnij! Lodówka była otwarta 24h na dobę. Z tego okresu wspominam parówki, bułę i duuuużo ketchupu.

Pamiętam to wszystko jakby było wczoraj. Limit kalorii? Śmiech! Sałatka? Szkoda miejsca! Woda niegazowana? A co ja zwierzę jestem? Nie będę zaspokajać swoich potrzeb byle czym – mówiłem.

Sport to moja pasja od zawsze, szczególnie w TV…

Za moich czasów nie było zwolnień z WF-u. Nauczyciel rzucał piłkę i mówił „pograjcie sobie”, a jak nie chciałeś ćwiczyć to zwyczajnie w świecie dawałeś nogę i tyle Cię widzieli.

Jednak za gówniarza nie było jeszcze najgorzej. Uganiałem się za piłką do pewnego momentu. Nawet to lubiłem i byłem całkiem niezły na obronie, a potem co? Imprezki, wyjazdy i sport z poziomu kanapy. Zajawki się wymieniły. Widziałem wszystkie spalone, potrafiłem wygwizdać sędziego za każdy niedopatrzony faul i wypić kilka piw w 90 minut. Ale żeby ruszyć dupsko i coś porobić samemu? Na cholerę się tak męczyć – myślałem.

A jak już raz na jakiś czas, czyli mniej więcej rok, ktoś mnie namówił na siatkówkę, rower czy kajaki to albo odpalałem zaraz po grze papierosa za papierosem albo wciągałem colę i kebaba. Uzupełniać węglowodany potrafiłem wzorowo.

Na biegaczy mówiłem „dziwaki”, subtelnie to ujmując. Na siłowni widziałem samych niezbyt elokwentnych karków, co bujają się po mieście BMW z przyciemnianymi szybami. A pływać to lubiłem co weekend. W klubie. Sport był w Super Expressie, a ja na melanżu.

Psychiatra nie zdiagnozował przyczyny…

Zapewne większość z Was wie (szczególnie stali czytelnicy), że zbiłem swoją wagę ze 115 kg do 80. Że biegam i staram się prowadzić zdrowy tryb życia. Jednak nie oszalałem – przynajmniej to moja wersja, niektórzy starzy znajomi mogą twierdzić inaczej. Jak ja to ładnie mówię, dojrzałem w życiu do pewnych decyzji. Jedną z nich było wywrócenie swojego życia o sto osiemdziesiąt stopni.

Zatem jak ja to robię? Naprawdę normalnie. Na początku określiłem w głowie co robię źle, co szkodzi mojemu zdrowiu, a następnie pozbyłem się tego. Wszystko co wyżej opisałem, było moim nawykiem i to zazwyczaj bardzo szkodliwym. Zatem postanowiłem zaserwować transformację i wprowadzić do życia kilka nowych, zdrowych nawyków.

Początek był trudny, ale nie niemożliwy. Wiedziałem z jakiego punktu zaczynam oraz gdzie zmierzam. Obecnie uważam, że nawyk zdrowego jedzenia mam już dość mocno zakorzeniony w głowie.

Czytam etykiety, sprawdzam skład, obliczam mniej więcej kaloryczność dań i trzymam się jasno określonych zasad. I oczywiście zjem na mieście pizzę, burgera lub wypiję colę. Jednak to nie jest standard jak kiedyś. Teraz jest nim jedzenie śniadania do godziny po przebudzeniu, regularność w posiłkach, unikanie przetworzonego żarcia itp. itd.

Stałem się bardziej świadomy swoich wyborów.

Pozostaje nam jeszcze kwestia sportu. O ile na początku był on tylko narzędziem mającym na celu pomóc mi dość do miejsca, które wyznaczyłem, z czasem poprzez powtarzalność wszedł mi w krew. Tak, bieganie to mój nawyk. Tak jak kiedyś palenie, imprezowanie, picie gazowanych napojów słodzonych, tak teraz jest to m.in sport.

Mówi się, że powtarzając pewną czynność przez dwa tygodnie, w głowie człowieka da się ją poniekąd zaprogramować. Jest to duże uogólnienie, jednak wierzę, że systematyczność w kształtowaniu nawyków to podstawa. I łatwiej zastępować stare nawyki nowymi niż kształtować je od zera. Zatem z bieganiem przyszło mi to dużo trudniej niż z jedzeniem, które jest naszą potrzebą.

Jednak ponad tym wszystkim jest jedna rzecz, którą uważam za najistotniejszą. Mam na myśli cel.

Nigdy o tym nie pisałem, ale z końcem września ubiegłego roku zastanawiałem się czy nie zamknąć bloga i nie odwiesić butów biegowych na kołek. W końcu moim celem było schudnąć i przebiec maraton. Obydwie te rzeczy się udały, czułem się spełniony, a w głowie nie miałem pomysłu na kolejny kamień milowy. Nie czułem też ciśnienia, aby go poszukiwać.

Przyszedł on do mnie bardzo późno i znienacka, a nie będę ukrywać, że nie było łatwo go zauważyć. Przez to m.in. biegowo przespałem zimę. Tak, obijałem się z treningami biegając 1/3 tego co przed urlopem! Jestem tylko człowiekiem.

Na szczęście złe chmury poszły w zapomnienie, a ja na celowniku mam nowy punkt do osiągnięcia. Jest on dla mnie jak paliwo, aby trwać w tym wszystkim, aby pielęgnować swoje nawyki.

Pamiętajcie, cel to podstawa. Ważne tylko, żeby był realny i właściwie rozłożony w czasie.

  • Bartosz Różański

    Ja zacząłem biegać, bo w przychodni kardiologicznej przeczytałem, że każde 10 kg wagi mniej obniża ciśnienie tętnicze o ileś tam punktów. Po przebiegnięciu pierwszego maratonu, moim celem było porządne przygotowanie się do drugiego. Po poprawieniu życiówki na drugim maratonie o prawie godzinę moim celem stało się pobiegnięcie maratonu poniżej 3 godzin przed 40-tymi urodzinami. Mam jeszcze 4 lata.

    Zdradzisz co masz za cel?

  • Cele motywują najbardziej. Podobnie jak Ty powoli dobiłem do docelowej wagi. Teraz to czysta kosmetyka. Od siebie napiszę, że zawody są teraz tym czymś, co sprawia, że biegam i biegam, co by biegać szybciej, lepiej i dłużej. Do pełnego maratonu mi brakuje, chyba głównie odwagi. Może za rok, kto wie.

    Napiszę też, że takie rachunki sumienia każdy powinien sobie zrobić. Ja swój mam już za soba 😉

  • Mega motywujący post 🙂 Dobrze jest mieć cel w życiu, ponieważ bez niego nie mamy w ogóle pojęcia dokąd zmierzać. Nie da się zmierzyć rezultatów, nie da się przechodzić przez kolejne etapy bo zwyczajnie ich nie ma. Sam przekonałem się, o tym realizując jeden projekt, którego bez konkretnych ram czasowych nie udało się zrealizować.

    Pozdrawiam mega pozytywnie

  • madame.in.the.dark

    Pamiętam Cię z czasów gimnazjum. 🙂 Bardzo fajna przemiana i szczerze powiedziawszy jestem pod mega wrażeniem. Inspirujesz, motywujesz do lepszego życia. Brawo. Ja jestem na początku fascynacji zdrowego żywienia. Gorzej z motywacją do sportu. Ale tak jak piszesz musi to wejść w krew. Jeszcze raz gratuluje 🙂

  • przepraszam bardzo, czy ty masz coś do kurczaków???? nonono! 😉
    „Ewentualnie mógłbym reprezentować nasz kraj na olimpiadzie fanów kurczaków w panierce jedzonych na czas.”