Kwiecień 4

Biegiem przez stolicę – relacja z Półmaratonu Warszawskiego

By Edwin Zasada In Nowe życie

To miał być bieg o honor, bo przeziębienie, bo słabe przygotowanie (zima całkiem przespana), bo o życiówkę miałem zawalczyć gdzie indziej. Z taką myślą obudziłem się w niedzielę rano, a wymówek na brak życiówki miałem cały worek, jakby ktoś pytał co się stało po biegu. Na zegarku była za pięć szósta. W życiu bym nie przypuszczał, że w ciągu zaledwie trzech godzin moje nastawienie do biegu zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni.

W piątek po powrocie do domu mój nos zamienił się w kran, a w gardle zamieszkało stado jeży. Podłamałem się okrutnie, bo cały tydzień unikałem przeziębienia jak ognia, a tu taki psikus i to przed samym startem. Nie pozostało mi w tym momencie nic innego, jak liczyć na cud i zacząć szprycować się lekami. Gorąca herbata z imbirem, miodem i cytryną, bloker na katar, proszki do ssania i ciepłe wyrko. Po 24h sytuacja wydawała się opanowana… Przeziębienie chwilowo zawiesiło broń. Nawet lekki rozruch udało mi się zrobić w sobotę, aby sprawdzić jak mi się oddycha z tym zapchanym nochalem. Było ok! Uwierzyłem wtedy, że co by się nie działo, do mety się doturlam.

Jednak to była tylko chwila, bo niedzielnej pobudce znów towarzyszył katar. Mimo wszystko postanowiłem pobiec, nie chciałem odpuszczać. Szczególnie, że Półmaraton Warszawskie to dla mnie ważna impreza, o ile nie najważniejsza w sezonie półmaratonów. W końcu to tu rok temu zacząłem swoją przygodę z tym dystansem i przepadłem na dobre. Pamiętam jak dziś chwile debiutu, stres na starcie i euforię na mecie. Z tym do końca będzie mi się kojarzyć ta impreza.

Co zabawne po drodze do biegu wszystko szło nie tak. Nawet bliscy nie mogli mnie wesprzeć dopingiem na trasie. Co prawda Paulina w towarzystwie swojego przeziębienia bacznie śledziła moje poczynania online, ale wiecie, że to nie to samo co usłyszeć gdzieś po trasie znajomy głos krzyczący coś w stylu „ciśnij tam…”.

I szczerze mimo tej fali schodków nie wiem co się stało, że zmieniłem plany na ten start. Może to kwestia spaceru z metra na linię startu z muzyką na uszach, w której grał m.in. Czesław Niemen i jego „Sen o Warszawie” czy może po prostu odrobina szaleństwa w ten pogodny dzień się we mnie odezwała.

11 Półmaraton Warszawski

Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć, co tak na mnie wpłynęło, w każdym razie nie żałuję decyzji. Hasło „dzisiaj w trupa po życiówkę” spełniło się w 100%. Od pierwszych metrów nie było miękkiej gry. I w sumie cały bieg poszedł równym tempem.

Podkład pod bieg miałem dobry, bo bułka z bananem i miodem zawsze daje +100 do siły. Zatem taktycznie ustawiłem się gdzieś po środku pomiędzy zającem na 1:35, a 1:40. Celem było nie tracić z zasięgu wzroku tego z przodu, a tym bardziej nie dać się przegonić temu zza pleców. Bo obciachem byłoby rzucić taką deklarację, a nie daj Boże na mecie zameldować się po roku z czasem gorszym niż ten z debiutu.

Trasa biegu była dość łatwa w porównaniu do tego, co serwuje nam m.in. Poznań czy Kraków na swoich połówkach, chociaż momentami wiatr urywał głowę i przeszkadzał w rozwijaniu biegowych skrzydeł. Szczególnie na mostach było to odczuwalne. Przez Most Gdański biegłem trzymając jedną ręką numer startowy na koszulce, aby go nie porwało.

I teraz najważniejsze, umówmy się, że podbieg na Belwederskiej to dziwka. O ile lubię podbiegi, ten dał mi szczególnie w kość. Nie byłem zapewne jedyny. Podbieg w tym miejscu, na tym kilometrze trasy zniszczył masę ludzi tego dnia, co było widać po ilości maszerujących w tym miejscu biegaczy. Ja chyba tylko ze względu na chore ambicje nie przestałem biec, o ile to, jak pracowały tam moje nogi, można nazwać biegiem. Mocno to odczułem, na szczęście psychika nie siadła, bo miałem w głowie zapas, który wypracowałem na wcześniejszych kilometrach. Po wyjściu z podbiegu znów przyspieszyłem.

Co do trasy to muszę dodać jeszcze, że pobudziła ona wspomnienia z pierwszego maratonu. Szczególnie Praska część, która w dużej części pokrywała się z tym co czekało we wrześniu na maratończyków. Natomiast początkowy przebieg przez Nowy Świat, później przez Łazienki Królewskie oraz ostatnia prosta od Łazienek do Pl. Trzech Krzyży była strzałem w dziesiątkę. Czuło się, że biegnie się przez serce Warszawy. A to wszystko za sprawą wszechobecnych kibiców. Myślałem, że jeszcze dużo wody musi upłynąć w rzece, aby na trasie w stolicy był taki szpaler ludzi, a tu piękna niespodzianka tej wiosny. Doping extra, naprawdę kibice dali radę – nawet demonstranci z KOD na chwilę zmienili cel swojego obozowiska i zamienili się w punkt kibica. Były brawa, okrzyki i masa uśmiechów na całej trasie. Szczególnie od 15 km do końca trasy dało się odczuć to wsparcie, a właśnie w tym momencie jest ono najbardziej potrzebne. Dziękuję – myślę, że nie ja jedyny.

IMG_3831

Na mecie pojawiłem się z czasem 1:35:29, co dało mi nową życiówkę. Poprzedni rekord przywieziony w maju ubiegłego roku z Białegostoku poprawiłem o ponad 3 minuty – mega! A do tego w skali roku wynik poprawiłem o 7 minut i 15 sekund (debiut – 1:42:46). Długo wyczekiwałem tego progresu, aż w końcu nastąpiła ta chwila. Chociaż wiem, że nie jestem najszybszy, to wbiegając na metę czułem się jak mistrz świata. W końcu pokonałem kolejne swoje ograniczenie. Mega, po prostu mega uczucie.

IMG_3786

11 Półmaraton Warszawski11 Półmaraton Warszawski

To był pierwszy raz, kiedy na mecie byłem ciut nieprzytomny, ale szczęśliwy (chociaż wyraz twarzy mógł mówić coś innego). Odebrałem medal, złapałem wodę i delektowałem się chwilą. Ukończyłem tym samym swój dziesiąty półmaraton na przestrzeni roku. Jaram się tym wynikiem.

A przed organizatorami Półmaratonu Warszawskiego chylę czoła – świetna robota!

Na 100% widzimy się za rok, znów zrobimy wspólnie na ulicach Warszawy wiosenną, biegową rozpierduchę!

PS. kto z Was biegł niech da znać w komentarzu.

  • Mateusz Mazur

    Biegłem i też z życiówką! CO do podbiegu, to dziękuje sobie za wszystkie treningi na pierwszych górkach Roztocza, dzięki temu ten warszawski był dla mnie niezauważalny 🙂

    • Dobre przygotowanie to podstawa. Gratuluję życiówki! 🙂

  • Ja stałam 20 minut ponad po wodę, więc tu duży minus dla organizatorów. Ciężko się także wyprzedza na takich masówkach.
    P. S. Może się w końcu skusisz na drużynę Bartka jak już tak zareklamowales na zdjęciu?

    • 20 minut? Hmmm, jakoś trudno mi w to uwierzyć. To brzmi jakby ktoś pobiegł truchtem do spożywczaka po tę wodę. 😉 A nad drużyną pomyślę.

      • Nie wiem czy nie dłużej. Najpierw była kolejka po medale, potem w trzech pierwszych namiotach nie było wody a tłum stał bo było tyle ludzi. Nie dało się ani do przodu ani do tyłu iść. Ludzie szabli w tej kolejce. Ja też się darlam, bo zamiast podawać ta wodę dalej do pierwszych namiotów to wolontariusze sobie stali i mówili że nie ma.

        • Ty mówisz o mecie, a ja mam na myśli obsługę na trasie. Teraz rozumiem skąd wynika ta różnica. A kolejka to rzecz standardowa. Niestety przy takiej frekwencji trzeba liczyć się z małym ściskiem i zamieszaniem w niektórych kwestiach.

  • Tomasz Kubiak

    Też biegłem, super atmosfera! Debiut z czasem 1:56, niby mogłem lepiej trenować ale z wyniku jestem zadowolony, poprawiona życiówka z treningów o prawie 7 minut więc jest progres 🙂

    • Jeszcze przyjdzie czas na poprawę, ale wynik mimo wszystko super. Gdzie teraz planujesz biec?

      • Tomasz Kubiak

        Bieg konstytucji albo oshee 10km 😉

  • I właśnie tak zmienia się swoje granice wytrzymałości 😉 Super. Gratuluję determinacji.

    Pozdrawiam mega pozytywnie